środa, 16 sierpnia 2017

Rozdział 20



- Kac morderca nie ma serca? - na głos jakże miłego powitania, jakie pada z ust Marcina, podnoszę głowę znad starty papierów rozrzuconych po całym biurku.
- Nieee, czemu? – przeczę kręcąc głową.
- A bo tak wyglądasz - stwierdza stawiając przede mną kubek z herbatą.
- Spokojnie – odpowiadam ciągnąc łyk gorącego napoju - Kaca to ja miałam w poniedziałek, a dziś już środa, więc już dawno zapomniałam, że takowy był. Ale miło Marcinku że tak zwracasz uwagę mój wygląd.
- Zaraz wyjdzie na to, że wyglądasz fatalnie i mi się w takiej wersji w ogóle nie podobasz.
- Dobrze, że się do tego sam przyznałeś - odpowiadam zasmuconym głosem.
- I teraz będzie, że jestem złym kolegą?!
Wzruszam jedynie ramionami i udaję, że powróciłam do pracy.
- Trzeba będzie się wkupić w łaski - stwierdza po chwili, mając przy tym taki szaleńczy uśmiech na twarzy. Nic się nie przejął. Nic a nic.
- Tylko nie myśl, że ja taka tania jestem – odpowiadam szorstko i zapewne gdyby nie pukanie do drzwi zaraz zaczęlibyśmy z Marcinem ustalać cennik.
- Karolina - przez uchylone drzwi do gabinetu zagląda Kasia - jakiś chłopak czeka na ciebie przy recepcji i pyta, czy możesz do niego zejść na chwilę.
- Do mnie?! – dopytuje, a recepcjonistka w odpowiedzi jedynie potakuje głową.
Zaskoczona tym tajemniczym ktosiem schodzę z Kasią i Marcinem do recepcji. I po moich negocjacjach. A może udałoby mi się wycyganić codziennie taka herbatkę prosto do biureczka?
- Bartek?! - Niemal wytrzeszczu oczu dostaję gdy widzę go stojącego w holu - A co ty tu?!
- Myślałem, że się bardziej ucieszysz na mój widok. - Widzieliście go?! Zjawia się tu jak grom z jasnego nieba, i ma pretensje że mu się na szyję nie rzucam. No chyba mu się śrubeczki w głowie poluzowały.
- Już byś chciał żebym ci się na szyję rzucała za każdym razem. Niedoczekanie twoje.
- A czy kiedykolwiek się rzuciłaś?!
- No a nie?
- No a tak?! - odpowiada jakby nieco oburzony faktem, że go jeszcze nie uraczyłam powitaniem jego marzeń. Na coś takiego to trzeba sobie zasłużyć.
- Niech ci będzie, następnym razem tak zrobię, a teraz mów po co przyszedłeś.
 Odchodzimy na bok, tak by już nas nikt nie podsłuchiwał, a tu, niestety, wszystkie ściany maja uszy.
- No więc czego pragnie dusza mojego buloklepy? - pytam gdy znajdujemy się zdała od wścibskich uszu i oczu pozostałych.
- O! Mojego?! Czy to ma coś znaczyć w kontekście naszej niewidzialnej miłości - reaguje żywo patrząc na mnie takim flirciarskim spojrzeniem.
- O Jeniu. Tak sobie tylko powiedziałam a ty już się czepiasz.
- Nie czepiam tylko: raz pokazuje, że cię słucham dokładnie, a dwa fajnie usłyszeć jak ktoś mówi do ciebie że jesteś jego. - Panie Kłusek! Niech się pan nie zapędza z tą interpretacją.
- A niech ci będzie. Tylko się nie przyzwyczajaj.
Nie odpowiada już na to tylko smutno wzdycha.
- No więc co to za pilna sprawa cię tu sprowadza?
Może za trzecim razem wreszcie odpowie na moje pytanie, wszak do trzech razy sztuka.
- Pójdziesz ze mną kupić garnitur? -wypala prosto z mostu.
- Garnitur?! Po jaką cholera ci nowy garnitur?!
- No skoro mam z tobą jechać na wesele to chyba jednak potrzebny mi garniak. - Stop, stop, stop! Próbuje szybko przeanalizować w głowie wszelkie szczegóły jakie pamiętam z wesela Zniszczołów i następnych dni, ale nigdzie nie moja głowa nie zarejestrowała czegokolwiek co by miało sugerować, że Kluska potrzebuje nowego gajerka.
- A co z tym co miałeś u Olka?
- Psy poszarpały.
Błagam. Powiedzcie, że się przesłyszałam! Czy on im jeść nie daje, że musiały się tak odwdzięczyły?!
- Co?! Jak to psy poszarpały?!!
- No normalne. Mama go wyprała.  - Ano tak, pan Kłusek nie przyswoił sobie jeszcze umiejętności obsługi pralki i trzeba się mamusią wyręczać. - I rozwiesiła na dworze, ale że ktoś nie zamknął wejścia do kojca, no to zrobiły sobie wycieczke po podwórku. I przy okazji fajną zabawkę znalazły. Ze spodni to prawie nic nie zostało. Ej no! Nie śmiej się ze mnie!
- Ależ ja się z ciebie nie śmieję. - Bo nie to żeby to śmieszne nie było, ale mina Bartka ubolewającego nad stratą spodni... bezcenny widok.
- Tylko z czego?! - dopytuje urażonym głosem.
- Z zaistniałej sytuacji - odpowiadam dyplomatycznie - A pieski jak tam? Nie potruły się?
- Wiesz co?! Ja do ciebie jak do przyjaciela, a ty taka.
- No już Bartuś, nie fochamy - uspokajając głaszczę go po tej jego rozczochranej czuprynie - Poczekaj pół godziny i pójdę z tobą kupić ci ten gajerek, bo jakbyś sam nie mógł tego zrobić.
- Żebyś się potem czepiała, że ci się nie podoba i nie pójdziesz ze mną …
- Raczej ty ze mną!
- Oj tam. Czepiasz się słówek - Ja się czepiam? Nie będę pokazywać palcem kto ostatnio miał problem z tym jak oficjalnie ma być nazwane nasze razem pójście.
- Więc pójdziesz i mi pomożesz?
- A mam inne wyjście?! – odpowiadam wzdychając głęboko.
- Żadnego - odpowiada ciesząc tą swoją buźkę niczym przedszkolak.
- To daj mi pół godzinki i...
- I jesteś moja?!
- Pff - parskam - niedoczekanie twoje.
- Nigdy nie mów nigdy – odpowiada puszczając oczko.
Pokręciłam tylko z dezaprobatą głową i szybko uciekłam do swojego gabinetu zostawiając tego flirciarza buloklepe w holu. Mam tylko nadzieję, że on te wszystkie uśmieszki i oczka, to tak tylko w żartach, bo jeśli nie to... Nieeee. Przecież jesteśmy tylko przyjaciółmi. Niemożliwe by on jednak coś do mnie więcej czuł niż powinien.

***

- To może ten?
 Pokazuje mu już chyba dziesiąty garnitur, a on znów kręci nosem.
- Yyy … nie.
Błagam! Trzymajcie mnie bo za raz się tu krew poleje.
- A ten?
- Jakby był bez tych czerwonych wstawek.
Tylko oddychaj. Głęboko. Wdech i wydech. Wdech... i wydech
- Z tobą to gorzej jak z dzieckiem.
- Nie przesadzaj - odpowiada wzruszając ramionami jakbym naprawdę czepiała się o jakąś pierdołę.
- Nie przesadzam! Zaraz ci znajdę taki, który mi się podoba, a ty masz iść i go przymierzyć. Bez żadnego ale! Bo ja już z tobą nie mogę!
Czułam, że z nim to kupowanie nie będzie takie proste, no ale że aż tak?!
- Przepraszam. – podchodzi do nas jeden ze sprzedawców – Pomóc w czymś państwu?
- Nieee… - odpowiada Kłusek przypatrując się kolejnemu manekinowi w poszukiwaniu jakiejś niedoskonałości w fasonie w entym już garniturze.
- A właśnie, że tak - stwierdzam stanowczo - Potrzebujemy dla niego – wskazuje na Bartka – garnitur. Najlepiej taki prosty, ciemnym kolorze.
- No to chyba coś znajdziemy na pana. Ostatnio bardzo ładnie schodzą nam te – pokazuje nam czarny garnitur z delikatnymi niebieskim obszyciami.
- Co? Ten tez ci się nie podoba? – mówię widząc jego krzywą minę.
- A nie ma pan takiego bez żadnych kolorowych elementów?
- Tak, tak oczywiście. Tylko w drugiej części sklepu.
Idziemy za sprzedawcą w głąb pomieszczenia, a ja już składam modły do wszystkich świętych, żeby wreszcie zakończyć te zakupy, ale z pozytywnym rezultatem. Bo jak mu ten nie będzie pasował to chyba nie wytrzymam i wyjdę stąd.
- No i ten będzie idealny. – Uff. Można wreszcie odetchnąć. Teraz tylko pozostało trzymać kciuki by nie na niego pasował.
- Jakaś specjalna okazja? Ślub, chrzciny? Oczywiście jeśli można wiedzieć - kiedy Bartek chowa się w przymierzalni, mężczyzna, którego niebiosa mi tu chyba zesłały, zagaduje mnie o cel zakupu stroju.
- Wesele - odpowiadam z uśmiechem, na co sprzedawca reaguje entuzjastycznie.
- Ooo! Świetnie. Kiedy?
- Za dwa tygodnie. No i jak? – pytam Bartka z wielką nadzieją w glosie, kiedy widzę, że wychodzi wreszcie z przymierzalni.
- Nooo … chyba mógłby być.
- Chyba? Człowieku nie osłabiaj mnie już.
- Bo nie wiem, czy ci się w nim podobam. - Niech on mnie lepiej nie osłabia i dłużej nie denerwuje.
- Dołożysz koszule, krawat i będzie idealnie.
- Jeśli mógłbym coś państwu zasugerować - do rozmowy wraca nasz cudotwórca - to na ślub najlepsza jest mucha. Polecam czarną, chyba, że ma pani w sukni jakieś dodatki to wtedy można pod kolor dobrać.
- Wolałabym krawat. Mamy dość ciekawe doświadczenia z muchami po ostatnim, co nie?
- Nom. To co mogę brać ten? - On to chyba specjalnie mnie doprowadza do szału.
- Bierz go i mnie nie dobijaj.
Szczerząc te swoje bielutkie ząbki szybkim krokiem idzie do przymierzalni, a ja jeszcze zostaje ze sprzedawcą, który pomógł nam w zakupach
-  Echhh – wzdycham widząc jak Kłusek kieruje się do kasy - Co ja mam z tym człowiekiem.
 - Całe życie takie przed panią.
- Niech mnie pan nawet nie straszy.
- Kto się czubi ten się lubi - stwierdza z serdecznym uśmiechem.
- A żeby pan wiedział- odpowiadam łapiąc się na tym, że od jakiegoś czasu nie spuszczam z Bartka oka.
- Cudownie będziecie państwo wyglądać na ślubnych zdjęciach - mówi po chwili sprzedawca - Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia - dodaje żegnając się ze mną i podchodzi do innej pary by i im pomóc w zakupach.
Po kilku minutach wychodzimy z tym moim kochanym buloklepą ze sklepu z upragnionym garniaczkiem i udajemy się do samochodu.
- Ej! - nagle Bartek się ożywia przerywając ciszę jaka zapadła gdy wsiedliśmy do samochodu - Ten facet to chyba myślał, że jesteśmy parą!
Kłusku! Czy ty naprawdę przez pół godziny nad tym myślałeś? Czyżby ta blondyna, z którą tak sobie żartowałeś przy kasie, aż tak ci zwróciła w głowie.
- Bartuś parą?!! On był przekonany, że to na nasze wesele kupujemy ten garnitur.
- Nawet obcy ludzie zaczynają nas swatać.
Bartek śmieje się z tego pod nosem, a mnie jakoś przestało już to bawić. Nie da się nigdzie wyjść, chwili nie można z kimś pogadać bo pod razu słyszysz jakiś tekst o ukochamym i wielkiej miłości. Nawet w domu nie można mieć spokoju bo Agnieszka co chwila coś trajkocze a Kuba tylko jej wtóruje.
- Nie mają swoich spraw czy co - odpowiadam wybudzając się z zamyśleń.
- Na to wychodzi. To co, gdzie jedziemy? – pyta ruszając z parkingu przy okazji zmieniając temat.
- Do domciu panie szoferze.
- Ale najpierw do mnie, to ci wreszcie zdjęcia z konkursów dam od Ewy.
- No właśnie! - reaguje z oburzeniem na jego słowa - Pytała się na weselu jak mi się zdjęcia podobały, a ja ich jeszcze nie dostałam, bo ktoś nie raczył mnie poinformować, że takowe posiada.
- No bo zawsze zapominam ci wziąć.
- Skleroza cię już dopada? Mam ci kupić jakieś ziółka na poprawę pamięci? - podpytuje usilnie go przedrzeźniając.
- Ty niby lepsza? -odpowiada urażony - Welon od niedzieli leży u mnie i nie masz ochoty go zabrać.
- Ale on leży dopiero cztery dni, a zdjęcia to masz już ponad tydzień!
- Cii! -ucisza mnie gestykulując przy tym prawą dłonią - Nie kłóćmy się, bo znowu się pożremy, a na to zbytnio ochoty nie mam - wyznaje z powagą.
- W sumie to ja też. Nie mam zamiaru znowu oglądać konkursów i być na ciebie wkurzona jednocześnie.
Bo co tam, że się z przyjacielem pokłócę i kilka dni znów się nie będziemy do siebie odzywać. To nieistotne. Istotne jest to, że będę w złym nastroju konkursy oglądać, a tego to ja za żadne skarby nie chce znów doświadczyć. Moje serce może i młode, ale jednak dość już przeszło przez to kibicowanie i nie potrzeba mu kolejnych zszarganych niepotrzebnie nerwów. A tak by właśnie było.
- Kurde muszę się jeszcze spakować. Musiałaś mi przypomnieć?!
O! I oto jaka wdzięczność mnie spotyka.

***

- Ciocia! Ciocia!
Wysiadam z samochodu i od razu słyszę Lenkę, która biegnie do mnie ile tylko sił w nogach.
- Cześć robaczku.
Biorę ją na ręce dostając przy tym od niej cudnego buziaka
– A gdzie masz brata?
- Cioś naplawia z tatą i dziadkiem.
- Ej! A z wujkiem to już się nie przywitasz? - oburza się Kłusek wyjmując równocześnie zakupy z bagażnika.
Lenka za to niczym niezrażona macha mu tylko rączką,  a po chwili już całkiem zajęta jest zabawą moimi kolczykami.
– Ładne masz kolciki ciocia.
- Dziękuję - odpowiadam jej z uśmiechem.
- Może byś zostawiła ciotkę w spokoju i stała na własnych nogach co? - No no no, tylko mi nie mówcie, że Bartuś zaczął się o mnie aż tak troszczyć.
- Nie! - stwierdza najmłodsza w rodzie Kłusków.
- Bo mi ciotkę zamęczysz!
- Na pewno nie tak jak ty - stwierdzam - Nigdy więcej nie idę z tobą na zakupy!
- A co kupiliście?
 A to małe ciekawskie. Ale zanim zdążę jej opowiedzieć o zakupach i przekonać, że wujek jej wszystko potem w domu pokarze, to na horyzoncie pojawia się mama Bartka i jego szwagierka.
- Koleżanka, powiadasz? - komentuje sposób w jaki Bartek przedstawił mnie Ani - Cześć. Miło mi cię wreszcie poznać.
- Wreszcie?! - pytam nieco zaskoczona takim stwierdzeniem.
- Dzieciaki już nam wspominały o nowej cioci u Bartka.
A to małe gadułki. Ciekawe ile i co na ćwierkały mamusi o mnie.
- I co? Kupiliście? - pyta po chwili pani Basia, a ja tylko przewracam oczami kiedy myślami wracam do tego horroru sprzed kilkudziesięciu minut.
- On zawsze taki wybredny na zakupach?
- Już nie pamiętam kiedy z nim ostatnio coś kupowałam, ale zawsze lubił wydziwiać.
- Mamo!
Ojeju jeju, a cóż się pan Kłusek tak burzy na kilka słów prawdy. A swoją drogą chyba musze się bardziej zaprzyjaźnić z jego mamą. Wiele ciekawych rzeczy jeszcze mogę się od niej dowiedzieć.

***

Po obejrzeniu chyba wszystkich możliwych bajek, kiedy wreszcie udaje mi się przekonać dzieciaki, że muszę już iść do domu, szanowny pan Kłusek stwierdza że mnie odprowadzi. Bo jakbym sama nie mogła iść bo zabłądzę albo kosmici mnie porwą.
- A ty to nie miałeś się czasem pakować? - pytam gdy widzę jak zarzuca bluzę na plecy
- Rano się spakuje.
- Yhy. Spakujesz. Powrzucasz na chama wszystko?
- Nie na chama - odpowiada oburzony.
- To jak?
- Normalnie.
- Yhy. Ja już widzę to twoje normalnie. - Bo jakbym go nie znała i nie widziała jak pakuje się na skoczni. - Leć lepiej na górę o te zdjęcia i welon.
- O właśnie! Znowu bym zapomniał.
- Pani Basiu - zwracam się do mamy Bartka , która krząta się po kuchni - Jemu trzeba jakieś tabletki na pamięć kupić, bo jak w tym wieku ma taką sklerozę to strach pomyśleć co będzie potem.
- A byłam dzisiaj w aptece i nie pomyślałam żeby wziąć.
- Ha. Ha. Ha. Bardzo śmieszne. - Bartuś krzywi ten swój nosek, kręcąc przecząco głową. Szkoda, że się nie widzi.
- Zmykaj lepiej po te zdjęcia.
- Wreszcie jakaś dziewczyna ma jakiś wpływ na niego. I to pozytywny. - wyznaje pani Kłusek, gdy już jest pewna, że syn nas nie usłyszy - Nawet nie wiesz jak się cieszę że cię poznał.
No i mnie zamurowało. Aż sobie przysiadłam na krzesełku. Takie wyznanie z ust można by rzecz niedoszłej teściowej.
- Miło mi bardzo, ale nie wydaje mi się bym miała na niego jakikolwiek wpływ.
- Uwierz sercu i oczom matki.
- W co ona ma znowu uwierzyć – pyta Bartek który dość szybko, jak na niego, wrócił do nas.
- Nic nie ważne. Babskie sprawy. Masz? - mówię zmieniając temat. Przecież mu nie będę powtarzać tego co mi jego mama powiedziała.
- Mam, mam - odpowiada i podaje mi płyty i welon. I nie wiem czy to tylko moje wrażenie, czy naprawdę przytrzymał lekko mój welon. Czyżby jednak go nie chciał oddać?
Żegnam się z rodzicami Bartka i wychodzę szybko z domu póki dzieciaki drzemią w salonie. Raczej niełatwo byłoby je przekonać kolejny raz, że muszę wreszcie wracać do domu.

***

Czym się kończy odprowadzanie przez Kłuska pod dom? Tym, że po ponad pół godzinnym przejściu drogi, która normalnie zajmuje około piętnastu minut, stoi się potem jeszcze prawie godzinkę przy płocie i gada o głupotach.
Zanim zjadłam kolacje, umyłam się i przyszykowałam ciuchy na jutro, to już po jedenastej było. A chciałam jeszcze zdjęcia od Ewci przejrzeć. Tylko, że chęci chęciami, a możliwości możliwościami Nie myślałam, że tych zdjęć jest aż tyle. Pojedzie jutro ten pajac na zawody to jest niemal stuprocentowa pewność, że będę mogła je popołudniu na spokojnie obejrzeć, a teraz tylko szybciutko rzut oka na kilka pierwszych, póki jeszcze moje oczy cokolwiek widzą.  I po chwili wielki banan na twarz wchodzi na wspomnienia kwali i drużynówki. Oj Bartuś, Bartuś. Nawet nie umiesz sobie wyobrazić ile mi dałeś w tej małej plastikowej plakietce.



________________________________________________________________________
Witam, witam. 
Nie będę komentowała tego wyżej. Coś musiałam dodać, następny rozdział będzie lepszy. Obiecuję :) Chyba, że jednak mój powrót do normalności nie wypali ;/ Trzymajcie kciuki  ;) 
Całuski, Karola :***
 

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Rozdział 19

Wieczorem, gdy kładłam się do łóżka zasłoniłam okno roletą, by promienie słoneczka nie chciały mnie zbyt wcześnie wygonić z łóżka. Kur, kaczek ani innych gęsi nie mamy, więc pobudki nie przewidywałam o świcie. Zapomniałam jedynie o wyciszeniu telefonu. Gdy przewracam się jeszcze z boku na bok, zrzucając kołdrę na podłogę, po pokoju roznosi się dźwięk przychodzącego sms'a.
Boziu! Co to za debil pisze do mnie z samego rana. Przysięgam, że żywym długo go podziwiać nie będziecie.
Przecieram zaspane oczy i widzę co to za półgłówek. W sumie mogłam się domyślić, że to on.
Bartek: Cholera jasna! Nie mogę stanąć na prawą nogę, tak boli!
No tak! Kłusek jak zwykle. Kultury za grosz. Dosyć budzi w środku nocy, to nawet się nie przywita a od wulgaryzmów zaczyna. Już nie mam siły znów mu tłumaczyć savoir-vivre.
Ja: I musiałeś mnie obudzić, żeby mi to powiedzieć.
Odpisuje szybko i w równie ekspresowym tempie otrzymuje odpowiedź
Bartek: To Ty jeszcze śpisz??!!
A czy to takie dziwne, że gdy człowiek ma w planach balety do rana to chce się przed tym porządnie wyspać?!
Ja: Wyobraź sobie, że jeszcze spałam, ale napisał mi jeden buloklepa SMS-a i się obudziłam.
Bartek: To o której chciałaś się niby obudzić
Ja: O 8:00
Bartek: To jeszcze chwilka tylko.
Błagam cię człowieku. Nie uruchamiaj mnie!
Ja: Bezcenne 7 minut!
Bartek: Oj tam. Tylko 7 minut. Wyspałaś się chociaż, jak Ci kazałem?
Ja: Dzięki Tobie NIEEEEE!!!!
Bartek: A mówiłem, żebyś się wyspała
No nie! Ręce opadają do samej ziemi.
Ja: Było mnie nie budzić. I szkoda, że mi nie powiedziałeś wcześniej, że Cię noga będzie boleć.
Bartek: Skąd mogłem wiedzieć?!
Ja: Nie wiem, ale jakby wiedziała wcześniej, choćby wczoraj rano, to bym może kogoś znalazła, żeby ze mną poszedł, a tak to nie mam kiedy teraz.
Może by się Marcina jeszcze namówiło.
Bartek: W ogóle to jak idziemy? Ty ze mną, ja z Tobą czy każdy osobno?
Ja: A co to za różnica? Idziemy razem i już.
Dwa osobne zaproszenia niby są, ale jak już wojna zakończona no to było jasne że idziemy razem. A co to za różnica jak to oficjalnie by było. Nikt tam chyba nie będzie tak szczegółowej kroniki pisał.
Bartek: W sumie to chyba żadna.
Ja: Następnym razem pomyśl zanim coś napiszesz.
Bartek: Już się nie złość o to, że Cię obudziłem.
Ja: A gdzie jakieś przepraszam, czy coś? - Mówiłam. Kultury nie uświadczysz. Nawet grama u tego człowieka.
Bartek: Przepraszam, przepraszam, przepraszam!!! :* :* :*
Ja: Powiedzmy, że wybaczam. O której po mnie przyjdziesz?
Bartek: Powiedzmy??!! 14? Wyrobisz się?
Ja: Powinnam, o ile dłużej mi już głowy nie będziesz zawracał.
Bartek: No dobra, ale jak mnie ta noga w kolanie rwie!
Ja: Hahaha! Mam nadzieję, że znajdzie się ktoś wolny i chętny do tańczenia.
Bartek: A co ze mną?!
Nonono. Co za bulwers panie Kłusek.
Ja: Ciebie noga przecież boli.
Bartek: Do wieczora przejdzie.
Ja: A szkoda.
Odpisuje wychodząc już z łóżka i udaję się na śniadanie do kuchni.

***

Ostatnie pociągniecie rzęs tuszem i trzeba się już zbierać. Ten buloklepa zaraz przyjdzie i jeszcze zacznie się czepiać, że niegotowa do wyjścia. Już widzę to jego krzywe spojrzenie i demonstracyjne spoglądanie na zegarek. O nie panie Kłusek! Nie dam ci tej satysfakcji.
- Proszę - mówię, gdy słyszę pukanie do drzwi-  O babciu, jak dobrze. Mogłabyś mnie zasunąć? Bo chyba nie dosunęłam.
- Oczywiście, że tak. - Z uśmiechem na twarzy podchodzi do mnie i pomaga przy sukience - O proszę, gotowe. Bartek już jest - mówi gdy już staje przodem do mnie.
- Już?! Powiesz, mu że jeszcze pięć minut? - pytam błagalnym tonem rozglądając się po pokoju co pierwsze mam w  chwili zrobić. Buty założyć czy żakiet. Jeszcze drobne kosmetyki na szafce rozwalone.
- Spokojnie, zdążycie. – wychodząc na korytarz babcia uspokaja mnie, a ja oczami swej wyobraźni już widzę tą minę Bartka i fochanie, że musiał na mnie czekać.
Wrzucam do torebki najpotrzebniejsze rzeczy. Zakładam buty – mam nadzieję, że się nie będzie czepiał o obcas. Ale w sumie to nie szpilki, których obiecałam, że nie założę, tylko delikatne kilka centymetrów przy czółenkach. Biorąc żakiet spoglądam na biurko, a tam cała moja biżuteria. O ile w pospiechu udaje mi się zapiać bransoletkę i kolczyki tak z łańcuszkiem nie ma szans. Może mi Bartek pomoże, albo babcia. Któreś się na pewno zlituje.
- Karola! Długo jeszcze?! – słyszę darcie Bartka z salonu. Nawet u obcych w domu nie umie zachować kultury.
- Idę już, idę! – mówię wychodząc z pokoju.
- Mogłem ci powiedzieć, że przyjdę o dwunastej to… - urywa gdy zauważa, że stoję tuż za nim.
Stoi i się gapi. Z letko otwartymi ustami mierzy mnie kilkakrotnie wzrokiem od góry do dołu. Aż w końcu zatrzymuje te swoje niebieściutkie oczka na mojej twarzy. Patrzy się, patrzy, a na buzię zakrada mu się delikatny uśmiech. A ja cóż. Stoję przed nim i czekam przez pięć minut aż coś z siebie wydusi, ale się raczej nie doczekam. Najpierw udaje takiego niecierpliwego, a potem bawi się w jakiś posąg czy inny martwy eksponat muzealny.
- Ej! Ziemia do Bartka! – Macham mu ręka przed nosem, żeby się wreszcie ocknął.
- Yyy .. jestem - odpowiada jakby wyrwany z hipnozy.
- To co tak stoisz i się lampisz?
- No bo…
- Chyba się nie rozmazałam? - przerywam mu, choć w sumie to sam zamilkł w półsłowa.
- Nieeee, tylko…
- Tylkooo? - ciągnę go za język.
- Tylko... ślicznie wyglądasz - odpowiada cicho spuszczając głowę w dół. O ty wstydziaszku. Kto by pomyślał, że ty taki.
- I dlatego musiałeś się tak przyglądać jakbyś mnie pierwszy raz na oczy widział?
- No bo jest na co. – Spogląda przez chwilę znów na, ale zaraz ucieka oczkami na bok a na policzki zakradają się rumieńce - I mam coś dla ciebie. – podaje mi bukiecik stokrotek – To od dzieciaków. Pytają się kiedy znów naleśniki przyjdziesz im zrobić.
- Niech im wujek robi. Przecież się uczył ostatnio.
- Ale mi takie dobre nie wyjdą - Jasne, jasne. Kombinuj dalej, bo tak mnie na randkę nie wyrwiesz.
- Nie czaruj mnie tu. A za stokrotki dziękuję – daję mu całusa w policzek i po chwili dodaję – I dzieciakom oczywiście też.
- Przekażę, a teraz gotowa? Możemy wychodzić? - Bartek zmienia szybko temat spoglądając na zegarek.
- Jakbyś mi jeszcze założył łańcuszek to…
- To bym dostał drugiego całusa? - Widzieliście go! Dostał jednego i jeszcze mu mało.
- Kochaniutki, chyba za drogo się cenisz. – stwierdzam marszcząc nos, ale on nie zważając na me miny zabiera mi łańcuszek i zawiesza na mojej szyi. Zapina go od tyłu, delikatnie dotykając palcami mojego karku. Już zapomniałam jakie to przyjemne uczucie, gdy ktoś muska opuszkami palców twoją szyję. I jeszcze jak robi to tak delikatnie. Achhh, można się rozmarzyć. Niestety dość szybko uporał się z tym łańcuszkiem, w przeciwieństwie do mnie.
- To co możemy już iść? - pyta po chwili.
- Sekunda – odpowiadam, a Bartek przewraca oczami, lecz nie zwracając na to uwagi poprawiam mu krawat i kołnierzyk przy koszuli. I nie powiem, chłopakowi do twarzy w garniaczku. – No to teraz możemy już iść - stwierdzam - Tak w ogóle to jak noga?
- A spoko, nawet przeszło. - mówi takim głosem jakby o całej sprawie dawno zapomniał. Skoro tak, to po co było wszczynać ten alarm z samego rana?!
- Czyli nie muszę szukać kogoś samotnego?
- Oj nie. Obiecuję że ciebie i siebie dziś wymęczę - przekonuje mnie otwierając frontowe drzwi na oścież. Wychodząc zahaczam jeszcze o kuchnię by powiedzieć, że my także już uciekamy z domu zostawiając ją samą.
Stojąc przed domem, Bartek znów mierzy mnie całą wzrokiem, szczególnie nogi.
– No co?! - pytam lekko poddenerwowana, że może dzieje się z nim coś niedobrego.
- Patrzę na twoje buty.
- I co?
- No nic. Prawie mnie w nich przerosłaś. - Jednak jest cały i zdrowy. Chociaż tyle, bo już się serio przestraszyłam, że może się z nim coś niedobrego dziać, ale skoro znów zaczyna się czepiać o głupoty, to znak że nie jest tak źle, jak się obawiałam.

***

- Bartek - zagaduje go gdy jesteśmy już pod domem Olka.
- Cio?
- A gdzie chłopaki? – pytam, bo stoimy sobie tutaj we dwójkę, a miało być, że część brygady zbiera się tutaj, a część u Agaty. Ale jak na razie tutaj jesteśmy tylko ja i Bartek, kilkoro gości z rodziny Olka. Zaraz mamy się zbierać, bo to już prawie piętnasta, jeszcze po młodą trzeba jechać, tam chwila zejdzie, no a o szesnastej ślub. I nie wypada się przecież spóźnić. Choć podobno to szczęście przynosi.
- Jakie chłopaki? - mówi zdziwiony jakby nie wiedział o kogo mi chodzi.
- No Krzyśki, Andrzej, Fifi…
- W odpowiednim dla nich miejscu. – odpowiada z takim dziwnym uśmieszkiem, jakby coś ukrywał.
- Czyli??? - próbuje cokolwiek z niego wyciągnąć, ale nic z tego.
- Dowiesz się w odpowiednim czasie - stwierdza  po chwili zmienia temat, gdy tylko zauważa Dominikę - O! Klotylda leci. Klotylda! Pomału bo szpile połamiesz! - wydziera się tak, że na pewno każdy z gości doskonale go usłyszał, a ja mam ochotę zapaść się przez niego pod ziemię.
- Ogarnij się! – cedzę mu przez zęby – Nie rób wstydu.
- O! Karola! - Dominika rozpoznaje mnie w tłumie i podbiega do nas - Z nieba mi spadłaś.
- Nie z nieba, tylko ze mną przyszła - Bartek mówi to tak dumnie, wypinając przy tym pierś jakby co najmniej jakieś zawody wygrał i w nagrodę może razem ze mną iść na wesele. Nie wiem czy to taki powód do zachwytu, ale ja już dawno stwierdziłam, że facetów się nie ogarnie i nigdy nie wiesz co i kiedy im odbije.
- Z nieba, z nieba - przekonuje Kłuska i ciągnie mnie za rękę - Chodź.
- Ale gdzie?
- Trzeba Olka w domu wyprowadzić. - No tak. Tradycji musi stać się zadość i pana młodego muszą panny z domu wyprowadzić i zagwarantować jego dotarcie wprost w ramiona wybranki serca.
- Ale ja?!
- Nie mam nikogo innego - tłumaczy - Kuzynka nie dojechała, musisz ją zastąpić. Bo tu nikogo nie ma.
- A ty?
- No ja idę z drugiej strony. Przecież dwie panny są potrzebne.
- Klotylda teraz musi wykorzystywać swoje ostatnie chwile bycia panną - wtrąca Bartek, ale na reakcje kuzynki Zniszczoła nie musieliśmy długo czekać
- Spadaj Kłusek!
- Gdzie niby? - dopytuje głupio skoczek, krzywiąc się jeszcze o uderzeniu jakie dostał w żebra od dziewczyny
- Na drzewo liście pompować. – Na koniec pogawędki wystawia mu język, a mnie ciągnie za sobą do domu.

***

W sumie to dobrze się stało, że wyprowadzałam pana młodego z domu. Dzięki temu mogłam jechać z nim samochodem, a w związku z tym miałam to ogromne szczęście by móc podziwiać bramkę zrobioną przez tych wariatów. Tak myślałam, że coś kombinują, dlatego ich nie było u Olka. Ale że żaden nie puścił pary z gęby, no to mnie miło zaskoczyli.
Oczywiście, jak na skoczków przystało, musieli zrobić własne, prywatne mistrzostwa świata. Cóż z tego, że środek drogi. Skocznia była, a i owszem. Szczegół, że dzieci ze śniegu większa budują, ale była? Była. Siedzieliśmy w tym samochodzie przyglądając się jak to Johann musiał spełniać obowiązki starszego. Wysiadł z auta i za wszelka cenę próbował przekupić swych kolegów, aby jednak udostępnili nam troszkę drogi i by można było przejechać. Po chwili obserwacji tej zgrai oszołomów ne wyrabialiśmy ze śmiechu. Nawet spięty do tej pory Olek chichrał się razem z nami.
Gdy popatrzyliśmy na Titusa, który w takich malutkich plastikowych nartkach dla dzieci, trzęsie się ze strachu, że ma zaraz skoczyć i dla dodania sobie odwagi ma wypić kieliszeczek, ale ręce mu się tak trzęsły że prawie cały wylał na siebie no to padliśmy. Gabryś w roli trenera Andrzeja, i sam jego podopieczny, który chyba wygrał to coś, bo rzucali się jeden drugiemu na szyję, też byli dobrzy. Ale dla mnie najlepszy i tak był Fifi w roli pana i władcy. Z tą opaską i krótkofalówką w ręce to idealna replika Hofera. I niech się ktoś teraz ich spyta: „jak nie skoki to…?” kabaret. Kariera na sportowej emeryturze zapewniona.
Po drodze były jeszcze dwie bramki. Jedni udawali, że im się samochód popsuł i naprawiają go na środku ulicy, drudzy zaś bawili się w szpital. I jak to w szpitalu, potrzebna była kroplówka, a w szpitalu polowym to najlepsza jest taka czterdziestoprocentowa. I nie powiem, te też były fajne, ale jednak naszych buloklepów nic nie przebije.
Młodego do młodej dość szybko puścili, bo góra po pięciu minutach. No ale czasu tez już nie było. Oddałyśmy z Dominiką Olka w ręce ukochanej. I tak stojąc z boku i przyglądając im się widzę jacy są szczęśliwi. Tacy zakochani w sobie na zabój. Wiedzą doskonale, że to właśnie ta osoba jest ich wymarzoną, wyśnioną drugą połówką. Może nie idealna, ale to jest ta i żadna inna. Echh też by się kiedyś tak chciało. Znaleźć swojego księcia z bajki. Niestety na razie trafiam tylko na chińskie podróbki, które po pewnym czasie się psuja. Echhh. Takie życie.
A teraz na ślubie to oczywiście się popłakałam. Zresztą chyba nie ja jedyna. No ale co ja mam poradzić na to, że od zawsze słowa przysięgi tak mnie wzruszają? „I że cię nie opuszczę aż do śmierci” – czy to nie jest piękne? Przez całe życie, wypłacze się na cudzych weselach to na swoim nie będę – o ile go doczekam. A jak będę płakać to może znajdzie się ktoś tak dobry, jak teraz pan Kłusek, i poratuje biedną pannę młodą chusteczką na jej własnym ślubie.

***

Zabawa z minuty na minutę rozkręca się coraz bardziej. Goście bawią się na parkiecie lub też toczą ciekawe rozmowy za stołem. Szczęście państwa młodych i ich rodziców jest widoczne za każdym razem gdy się na nich spojrzy.
Przy stole skocznej braci także gwarno. Część, tak jak ja, postanowiła odetchnąć chwilkę. Inni zaś, tak jak pan Kłusek, porwali towarzyszki swych kolegów na parkiet i tam szaleją. Tylko niech mi on potem nie płacze że go noga boli.
- A teraz - słyszymy głos wodzireja który dba o całą muzyczną oprawę przyjęcia - piosenka ze specjalna dedykacja dla pani starszej i wszystkich Agnieszek, które się dzisiaj tutaj  z nami bawią. - Po chwili słyszymy jak z  po całej sali rozbrzmiewa przebój znany chyba w każdym zakątku Polski - "Agnieszka już dawno tutaj nie mieszka...".
- Kochanie czy mógłbym prosić o taniec? - Kuba wstaje delikatnie ciągnąc dłoń Agi za sobą.
- Ależ oczywiście, Jakubie.
- Ej! Co to ma być! - Gdy tylko tamta dwójka wychodzi na parkiet, kuzynka Zniszczoła zaczyna się burzyć -  Żadnej piosence o Dominice, ani o Kindze. O Aniach, Olach, Monikach i Bóg wie o kim jeszcze są, a o mnie ani jednej.
- Zenobio nie płacz. – Titus siedzący obok niej przytula ją do siebie.
- Przecież ty masz tyle imion ile tylko zapragniesz. – Andrzej, który zajął miejsce Johanna przytula ją z drugiej strony.
- I każda piosenka jest o tobie – i na koniec Gabi łapiący ją za dłonie z tą swoją pocieszną minką.
- Dzięki chłopaki. Jesteście kochani - mówi nieco wzruszona udając, ze przeciera z oczu łzy. A może ona serio się rozpłakała po słowach jakie usłyszała od chłopaków.
- Kochana, ty już nam tu nie płacz - Stękała nie przestaje pocieszać Dominiki - Zaraz tu coś z Titusem zaradzimy – kończy, po czym ciągnie za sobą Miętusa i obaj biegną w stronę orkiestry.
- O patrz Gabi - zwracam się do Szwajcara siedzącego obok - Nasi tancerze chyba wracają.
- Wracają albo i nie - odpowiada nieco chyba zazdrosny gdy widzi swą sympatie uchachaną u boku Kluska. Spokojnie Gabryś. Już prędzej ja wyjdę za mąż, niż on jakąś dziewczynę poderwie, czyi nie ma się czego obawiać, bo ja ślubu nie planuje w najbliższym czasie.
- Bartek tak się rozhulał, a rano płakał, że na nogę nie może stanąć - kontynuuje rozmowę podziwiając wygibasy buloklepy.
- Czemu? - dopytuje Szwajcar.
- Nie pochwalił się czemu. Z samego rana pisze do mnie, że go noga boli - relacjonuje mu przebieg mojej porannej rozmowy z Kłuskiem, ale po chwili przerywa nam dyskusję sam zainteresowany.
- Gabryś oddaje ci Lenkę, a panią - wyciąga do mnie dłoń z tym swoim szatańskim uśmiechem na twarzy- chciałbym porwać.
- A noga?
- Przecież ci mówiłem, że mi przejdzie. No chodź - odpowiada zniecierpliwiony.
Po chwili znajdujemy się już na środku parkietu, wśród wielu roztańczonych par a z głośników znów rozbrzmiewa głos mężczyzny.
- Na specjalne życzenie, dla najwspanialszej, najukochańszej i najbardziej szalonej dziewczyny pod słońcem – dla Dominisi. Piosenka tylko o niej i tylko dla niej. – i słyszymy pierwsze nuty chyba największego przeboju disco polo „Jesteś szalona”.
- Nie tylko o niej – Bartek szepcze mi do ucha, choć w sumie to nawet krzyczy. Niby disco polo, ale jak to mówią, nikt nie słucha a każdy zna, tak i teraz cała sala śpiewa ten kultowy przebój.
- To o kim niby jeszcze? - dopytuję.
- O tobie wariatko - odpowiada szczerząc to swoje uzębienie.
- Ej! Ja jestem przecież grzeczna i spokojna - mówię głosem jak najbardziej urażonym.
- Chyba tylko jak śpisz - prycha.
- Nie prawda.
- Co? Jak spisz to też szalejesz?
- Nie! Ja zawsze jestem grzeczna.
- A niech ci będzie. - W końcu Bartek rezygnuje z tej słownej batalii- Wariatko - dopowiada, za co dostaje mu się od mojej pięści w ramię. Niestety. Nie wzruszyło go to ani trochę.
Nie było mi dane zbyt długo potańczyć z tym buloklepą, bo przy następnej piosence Biegunka mnie porwał wir tańców, potem przez Fifiego, Kubę Johanna i Olka na Titusie skończyłam. I po tym ostatnim miałam dość. Cud, że nie zwymiotowałam na środku parkietu, przez to jego kręcenie. A ten głupi zamiast mi pomóc i wybawić z rąk oprawcy, to tylko stoi i się śmieje jak głupi do sera.
- I co ci tak śmieszno?! - pytam gdy dochodzę do stojącego pod ścianą Kłuska.
- Nie no nic, patrzę tylko jakim chwiejnym krokiem idziesz.
- Ha. Ha. Ha. Śmieszne bardzo.
- Chcesz usiąść? – Czyżby komuś szare komórki zaczęły pracować? No nie wierzę.
- Chodź lepiej na zewnątrz.
- Przejść się? - pyta już bez żadnych głupich uśmieszków.
- Yhym - odpowiadam.
- Wziąć ci żakiet? Chłodno się zrobiło.
- Yhym. - Kiwam twierdząco głową
- Czekaj tu na mnie i nigdzie nie uciekaj - nakazuje mi Bartek
- Yhym.
- Języka w buzi zapomniałaś? - pyta, chyba nieco rozdrażniony moimi odpowiedziami, Kłusek.
- Yhym.
- Echh wariatko, wariatko - wzdycha i kieruje się po nasze wierzchnie okrycia.
Slalomem przemyka przez parkiet do stolika, gdzie oczywiście trafił na kolejeczkę. No i jak kolegom odmówić? "Ze mną się nie napijesz?!!" Ale szybko znów przedziera się przez roztańczone pary i już jest przy mnie.
- To co? Idziemy? - pyta oddając mi mój żakiet.
- Yhym.
- Zapraszam – oddaje mi prawa rękę i ruszamy przed siebie.
Idziemy sobie z Bartusiem przez jakiś las. Choć nie wiem czy te nasze wygłupy – bo z tym buloklepa inaczej się nie da – można nazwać chodzeniem. Albo przepychanie się przez całą szerokość ulicy, albo kopanie szyszki po drodze, a na koniec próba puszczania kaczek po jakimś stawie.
- Zimno ci? - pyta gdy widzi, że pocieram dłonie aby je rozgrzać.
- Nie - odpowiadam szybko.
- Przecież widzę, że się z zimna trzęsiesz. Masz. – Zdejmuje swoja marynarkę i zakłada mi na plecy.
- A ty?
- Co ja? - odpowiada jakby nie miał pojęcia o co mi chodzi.
- Zmarzniesz - mówię z wielką troską. Bule klepie czy nie, ale to jednak dobry chłopaczyna. Szkoda by było żeby się rozchorował.
- Nie bój się. Mi jest ciepło - stwierdza.
- Dziękuje – szepczę wpatrując się w jego  boski uśmiech, który znów zawitał na jego twarzy. Nie wiem co mu się stało, że dziś jest taką chodzącą cieszynką, ale wiem że ja mam zbyt dużo alkoholu w sobie i zaraz palnę coś głupiego
– I … - ucinam próbując powstrzymać się przed wypowiedzeniem czegoś durnego.
- Iiiii? - ciągnie mnie za język.
- I nie uśmiechaj się tak. Proszę. – mówię łagodnie, cofając się kilka kroków do tyłu, a w oczach mam łzy.
- Czemu? - podpytuje zdziwiony moim wyznaniem.
- Bo mam wielką słabość do facetów w garniaczkach - odpowiadam wzięciu głębszego oddechu. - Do tego z zarąbistym uśmiechem na twarzy, i którzy mi dość często dają kwiaty. Uwielbiam szalonych wariatów, ale jednocześnie spokojnych romantyków. Chłopaków do tańca i do różańca, a tutaj zbyt dużo jest takich. -Chyba go to wszystko trochę zaskoczyło. Widać jak próbuje ułożyć sobie w głowie wszystko co mu powiedziałam. – Bartuś – zwracam się do niego patrząc mu głęboko w oczy – Ja nie chcę się zakochać. Ja nie mogę się zakochać! Przecież zaraz wyjeżdżam, i nie chce ani sobie, ani tym bardziej komuś łamać serca. Proszę, pilnuj mnie żebym nie zrobiła żadnego głupstwa. Proszę. Nie chcę tu nikogo ranić. A zwłaszcza ciebie.
Łzy płyną mi po policzku, a on stoi jak posąg. Nie wie co ma mi na to wszystko odpowiedzieć. Nie dziwie mu się. Też bym nie umiała wypowiedzieć jakiegokolwiek słowa. Patrzy na mnie tak jakbym nie mówiła o polsku. Tak jakby próbował przetłumaczyć na swój dialekt to wszytko.
I gdy chyba chce coś z siebie wydusić słyszymy dziwne odgłosy za drzewami. Aż podskoczyłam ze strachu gdy usłyszałam  trzaskające w pobliżu gałęzie. Bartek oplótł mnie mocno swoimi ramionami, a ja wtuliłam się w niego niczym małe dziecko. Sam się chyba wystraszył tego hałasu, bo serce i jemu chciało wyskoczyć z piersi. W końcu naszym oczom ukazały się dwa wielkie potwory.
- Karola! Bartek! Jak dobrze was widzieć!
- Eeeeeva? Philip? To wy?
- My, my. - Nie no! Ręce opadają. To ja się spodziewam tu jakiś zbójów, a tutaj nasi norwescy przyjaciele błąkają się po lesie w środku nocy.
- Ale co wy tu?! Chyba nie poszliście w środku wesela na grzyby. - dopytuje dalej Bartek
- Ten dureń - i w tej oto chwili Philip obrywa po głowie od swej dziewczyny -  pobłądził i przeszliśmy chyba cały las w każdą z możliwych stron, aż w końcu jakimś cudem znaleźliśmy się tutaj.
- Tylko błagam - z błagalnym głosem w końcu przemawia skoczek - powiedzcie, że nie zabłądziliście. Bo ona mnie zabije! - Wskazuje na ukochaną odsuwając się od niej na kilka kroków.
- Chyba nie - odpowiadam spoglądając na Kłuska, który to najlepiej powinien znać drogę powrotną.
- Jak się pospieszymy to jeszcze na oczepiny zdążymy - stwierdza Bartek spoglądając na zegarek.
- Ocze co?! - dopytuje Eva i jako starości następnego skocznego i międzynarodowego już wesela opowiadamy norweskim przyjaciołom o polskiej tradycji oczepin, kiedy to odbywają się swego rodzaju wróżby i przepowiednie, a także różnego rodzaju zabawy dla gości.

***

… jeszcze chwilka, jeeeeszcze, iiiii już! – Agata rzuca welon, a on wpada prosto w moje ręce. Myślałam, że się będą o niego bić, a tu tak spokojnie, łatwiutko i welon jest mój. Mam nadzieję, że to nie jest jakiś genialny pomysł dziewczyn.
- Zapraszamy nową pannę młodą tu do nas, jak tylko dzisiejsza, a raczej wczorajsza pani młoda przepnie welon.
Po chwili śnieżnobiały tiul był już wczepiony w moje włosy. Swoja drogą, ciekawa jestem jakim cudem im się to udało. Na tej głowie mam tyle lakieru, że przez miesiąc będę go chyba zmywać. Istny cement.
-  Zanim znajdziemy przyszłego pana młodego - kontynuuje dyrygent z zespołu zwracając się do mnie - proszę mi powiedzieć jedną ważną rzecz. Otóż jak ma pani na imię.
- Karolina.
- Więc szukamy teraz narzeczonego dla pani Karoliny. Poprosimy starszego o odpięcie panu młodemu muszki, a wszystkich panów stanu wolnego zapraszamy na środek.
I tak oto spora grupa niezamężnych jeszcze panów ustawia się na środku parkietu. Orkiestra zaczyna grać coś na góralską nutę, a ja w duchu się modle żeby mimo wszystko to nie był Bartek. Przecież oni nam potem żyć nie dadzą.
- No dobra panowie, starczy wam tych tańców. - Po dłuższej chwili grania góralskiej melodii do akcji wkracza znów wodzirej - Bo tu nam Karolinka się niecierpliwi i chce wreszcie poznać swego przyszłego męża i ewentualnego ojca swych dzieci. A więc odliczamy do trzech na trzy młody rzuca muchą. A więc iii raz, iiii dwa, iiiiiiii trzyyyy!
Muzyka milknie, a Olek rzuca muchę za siebie i łapią ją Titus, jakiś kuzyn Agaty iii …. ten buloklepa od siedmiu boleści. Jak oni to zrobili, ze taka małą muszkę złapali we trzech a welon tylko ja?
Marudziłam, że welon zbyt łatwo mi poszedł, tak tu się chyba krew poleje w walce o tą muszkę. Żaden nie chce oddać tak cennego znaleziska, ale po chwil Krzysiek puszcza jeden z końców wstążki, paseczka, sznurka czy jak się to tam nazywa. Na polu bitwy zostają tylko Bartek i ten kuzyn. Swoją drogą bardzo przystojny kuzyn.
Zaraz tą muszkę rozerwą na strzępy. Ciągną, ciągną i nagle jeden z nich puszcza. Oboje niemal leżą na posadzce. Na szczęście chłopaki stojący za nimi ich łapią, bo gdyby tak upadli głowami na tą posadzkę to by ciekawie nie było. Ale pan Klusek nawet o tym nie pomyśli przecież, tylko szczery te swoje ząbki wymachując swą zdobyczą. Jak zobaczyłam, że to on ją ma to tylko sobie głęboko westchnęłam na myśl co to się potem będzie działo. Teraz to już mi tylko pozostało się modlić, by się  wydarzyło coś co by ich zbije z tropu węszenia romansu.
- A więc pani Karolino, panie Bartku, zazwyczaj w takich sytuacjach proponujemy nowej młodej parze ich pierwszy wspólny taniec na nowej drodze życia, ale dziś zrobimy wyjątek. Otóż macie państwo za zadanie pocałować wszystkich znajdujących się na tej sali. Pani Karolina wszystkich panów. Od tych najmniejszych po tych największych, a pan Bartek to samo tylko, że wszystkie panie. I oczywiście kto pierwszy wykona swoje zadanie ten wygrywa. A więc gotowi? No to ruszamy! Start!
I tym oto sposobem rzuciłam się w szaleńczy bieg po całej sali. Dobrze że większość gości stała w kółku, dzięki czemu nie musiałam zbytnio między stoły wchodzić. Choć „dobrzy” ludzi – czytaj skoczkowie – zmusili mnie swoimi krzykami do biegania i za stołami. Ale spokojnie, na buloklepę tak samo się darli, że omija. A jeszcze mu kelnerki weszły na sale i im też należał się całus.
Ja już skończyłam i mogę sobie odetchnąć spokojnie, a ten jeszcze przedziera się między stołami. Hahaha! Wygrałam panie Kłusek!
- No to jeszcze ty – szepcze mi do ucha gdy tylko zjawia sie obok mnie, a po chwili i ja dostaje od niego całusa w policzek.
- Czy ktoś nie dostał całuska od przyszłych nowożeńców? - dopytuje wodzirej - Nie widzę nikogo. A więc skoro wycałowani zostali wszyscy goście to czas na pierwszy taniec. Co? Myśleliście, że wam się upiecze? - mężczyzna zwraca się do naszej dwójki, która miała cichą nadzieję, że naprawdę obędzie się bez tego tańca - O nie moi mili. Tradycja to tradycja i trzeba ją podtrzymywać. A więc panie Bartłomieju, żonę na ręce i tańczymy. A wszyscy goście klaszczą w dłonie! - nakazuje dyrygent.
Boziu! Włączyli "Let's Twist Again" To jest za szybkie na taki taniec! W dodatku gdy oboje jesteśmy nieźle przepici, a on mnie trzyma na rękach. Tylko jemu chyba to w niczym nie przeszkadza. Ale niech jak najszybciej to skończą, bo czuję że Bartek długo nie wytrzyma i upadniemy razem. A poza tym już mi się w głowie kręci. Na szczęście piosenka się kończy zanim mój buloklepa do końca opada z sił.
- Wielkie brawa dla Karoliny i Bartka. Jak coś to mamy wolne terminy na przyszły rok, to chętnie wam zagramy. A teraz … - mężczyzna zapowiada kolejną zabawę, a ja ze swym małżonkiem odchodzimy na chwilę do stolika.
- Nie mogłeś puścić tej muchy? – mówię mu na ucho.
- A co? Nie podoba ci się przyszły mąż? - pyta nieco oburzony.
- Nie o to chodzi - odpowiadam zrezygnowana.
- To o co?
- Znowu zaczną nas ze sobą swatać. - wzdycham
- Przejmujesz się tym?
- Nie, ale… - urywam gdy tylko Bartek przytula mnie do siebie. Po nim też to nie spływa tak łatwo jakby się można było spodziewać. Niby taki twardy, wytrzymały na wiele rzeczy, ale jednak są jakieś granice. Bo ileż to można słuchać o wielkiej miłości do przyjaciółki, jeśli takowej nie ma.
- Więc niech sobie gadają, a my wiemy swoje. Tak?
- Tak.

***

Godzina prawie szósta, a ja z całą banda tych nielotów wracam do domu. No dobra, może nie z całą, ale jakaś jedna trzecia maszeruje razem ze mną oraz tym moim mężem. Yyyh!!! Już sama zaczynam tak mówić. I po co ja szłam do tego welonu?!!
- Hej! Hej! hej siokoły! Ominincie góły, lasy, doiły! Heej!
Johannowi chyba troszeczkę zaszkodziła polska wódka, bo już nawet po polsku zaczął śpiewać. Ale wraz nim cała reszta buloklepów. Dziewczyny się na nich drą, by choć pół tonu byli ciszej, a ja już nie mam siły na cokolwiek, ledwo powłóczę nogami, a do domciu taaaak daleko.
Do domciu daleko, słonko już promieniej nad nami a nasi śpiewacy postanowili się zatrzymać na chwilę. I tez sobie znaleźli miejsce na ten postój - pod samym domem Kruczka. Szkoda, że nie oznaczało to , że się uciszą. Wręcz przeciwnie – zaczęli się tak drzeć, że spokojnie na drugim końcu Buczkowic ich słychać.
- A panom, co tak wesoło? – nagle słyszymy Kruczka, który także wracał z wesela jednego ze swych podopiecznych, tylko w o niebo lepszym stanie.
- No bo my trenerze nasz kochaniutki…
- Najbłyskotliwszy ze wszystkich ludzi na ziemi…
- Najwspanialszy, najcudowniejszy …
- Nasz mistrzu!
Chłopaki  tak mu zaczęli słodzić, całować po rękach, że my tylko popatrzyliśmy na nich z politowanie, a Łukasz zgłupiał. Swoją droga to ja mu się nie dziwę, że taki młody a już osiwiał jak jakiś siedemdziesięcioletni dziadziuś. Z takimi idiotami użerać się na co dzień i to w skumulowanej ilości, to musi mieć swoje efekty. A najlepszy i tak jest Johann, który po chwili przyglądania się tej jakże uroczej scenie skomentował to wszystko.
- Lizusy! Lizusy! Nawet Fannis się tak nie podlizuje jak wy! Hehehe! Lizusy! Lizusy!
- No dobra chłopaki koniec przedstawienia. - W końcu przerywam im te podziękowania i snucie wazeliny.
- Idziemy do domu - nawołuje ich Dominika.
- Ale my chcieliśmy jeszcze pogadać z naszym kochaniunim trenerem - a starszy Miętus dalej swoje.
- Ale trener też idzie do domu, bo ma was dość. - Nawet i żona Kruczka solidaryzuje się z nami i chcąc pomóc oswobodzić męża z więzów uścisków jakże to oddanych podopiecznych, próbuje ich przegonić spod własnego domu.
- Ależ trenerze! - odzywa się oburzony Biegun.
- Powiedz, że to nie prawda.
- Że żartowałeś. - dopowiadają bracia Miętusowie. Az dziw, że moja Kluska zamilkła.
- Jutro podaję się do dymisji! - oświadcza stanowczo Kruczek - Ja już mam was dość! Nawet pod własnym prywatnym domem nie można mieć spokoju.
- Ależ treneruniu …
- Nasz najukochańszy!
- Cisza! Od jutra do Maciusiaka się podlizywać. - Jakbym człowieka nie znała, to bym pomyślała, że on na serio z ta dymisją. Nieźle mu wychodzą poważne role. Ten by sie aż tak bardzo do kabaretu nie nadawał, ale aktor w teatrze byłby fantastyczny. Taki Pan Tadeusz, albo Kordian w jego wykonaniu to by było coś, a nie jakieś Żebrowskie czy inne Żmijewskie.
- Chłopaki wracacie z nami czy nie?! - I się nam wkurzyła Gosieńka, ze aż głos podniosła.
- No idziemy już idziemy - stwierdza zrezygnowany Biegun.
- Żegnaj trenerze.
- Będzie nam cię brakowało.
- Na zawsze pozostaniesz z naszych sercach.
Oni na serio chyba wzięli sobie ta dymisje Kruczka. Zaczęli się przez to tak żegnać jakby go już mieli nigdy nie zobaczyć.
Ciekawe czy w ogóle będą coś pamiętać z tego powrotu do domu.
- Karola, a co ty tak dziwnie idziesz? - zaczepia mnie Titus po tym jak wreszcie udało nam się ruszyć w dalszą drogę.
- Bo nie mam już siły Krzysiu.
- Ponieść cię? - nagle odzywa się i Bartek.
- Nie, dam radę - zapewniam i staram się przejść kilka kroków już normalnie, a nie utykać na lewą nogę.
- A może jednak?
- Nie trzeba.
- No to cię poniosę.
Scena niczym w "Samych swoich". Tylko tam Witia pomagał Jadźce przy bolach, a tu mnie szanowny pan buloklepa postanawia nosić na rękach.
- Bartek! Puszczaj! Przewrócimy się zaraz.
- Nie bój się. - łatwo ci powiedzieć. To nie ciebie niesie kompletnie pijany wariat, który sam ledwo stoi na nogach - Nie takie ciężary się nosiło.
- Czy chcesz coś przez to powiedzieć? - pytam uspokajając swoje wiercenie się, skoro i tak on jest uparty jak osioł i szybko mi nie przywróci gruntu pod stopami.
- Tylko to, że jeszcze z dwie takie jak ty mógłbym podnieść.
- Taaa jasne. Może z dwadzieścia.
- Nie no, dwadzieścia to za dużo. Aż taka lekka to nie jesteś.
- Puść mnie - wracam do meritum sprawy, ale już łagodniej, delikatniej. może się uda.
- Nie.
- Bartuś. - Jak już nam moje maślane oczka nie pójdzie, to nic tu nie pomoże.
- Słucham?
- Postaw mnie.
- Nie. - Echhh! Uparte to jak osioł.
- Jak stare dobre małżeństwo - stwierdza nagle Titus, który przysłuchiwał się naszej wymianie zdań.
- Mówiłeś coś Titusku?
- Że nie zaśpiewaliśmy wam gorzko - odpowiada nieco zasmucony, ale już się rwie do śpiewu.
- Boziu! A ten tylko o jednym.
- Karolcia, bo się obrazę.
- Na mnie?! Oj , nie wierzę.
- To się przekonaj. - I w ten oto sposób Krzysztof Miętus obraził się na mnie, a foch będzie trwał zapewne do końca życia i o jeden dzień dłużej.
Po kilku minutach stoimy na środku skrzyżowania gdzie nasze drogi się rozchodzą. Biegunki i Forfangowie poszli w lewo, Miętusy ze swoimi dziewczynami w prawo, a ja z Bartkiem dalej przed siebie.
- Ej! Co robisz?! – pytam zaskoczona, kiedy Bartek, który postawił mnie na chwilkę na ziemi gdy się żegnaliśmy ze wszystkimi, znów bierze mnie na ręce.
- Nic, tylko cię niosę - odpowiada jak gdyby to była najnormalniejsza sprawa na świecie.
- Postaw mnie. Dojdę sama do domu. - Znów próbuje go przekonać, ale na marne moje starania.
- Yhym, chyba przewrócisz po zrobieniu dwóch kroków - stwierdza z tą swoja miną wszystkowiedzącego Bartłomieja - Bałem się, że zaraz będę musiał cię łapać, jak stanęliśmy.
- A ty za to jesteś kompletnie pijany i sam ledwo idziesz.
- Nie przesadzaj, nie jest ze mną jeszcze, aż tak źle. - Kapituluje. Nie mam siły już się z nim dalej kłócić. - A mogłabyś oprzeć sobie głowę o mnie? Będzie mi lepiej wtedy cię nieść.

- Dobrze mężusiu ty mój kochany.


__________________________________________________________________________________________
Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku :D 
Achh ta pogoda. Życzenia ciut spóźnione, bo to poniedziałkowy już wieczór, ale pogoda sobie chyba kartek w kalendarzu nie zerwała i wciąż myśli, ze jest w grudniu. U mnie dziś rano było bielusieńko 0.0

Wracając do tej pisaniny. Wreszcie co jest jest. I to nie byle co, bo długo oczekiwane wesele państwa Zniszczołów.  I coś się nam tu wydarzyło, to będzie potem miała swoje skutki w przyszłości. Nauczka dla wszystkich na przyszłość. Nie pić alkoholu bo potem się głupoty gada, lub gubi drogę w lesie :P

Trochę teraz mam spraw na głowie (uczelnia, praktyki, praca, lato idzie to się zaczną wyjścia ze znajomymi itp) więc zapewne rzadziej będę wstawiała rozdziały, ale za to powinnam mieć czas na nadrabianie Waszych fanficów ;) 

A więc do zobaczenia wkrótce :) Oby jeszcze przed sezonem ;)

Trzymajcie się zdrowo i leczcie serducha po sezonie. Najlepiej tak jak nasi skoczkowie. Mam nadzieję, ze przywiozą nam ze sobą to piękne słoneczko :D
Całuski, Karolka :***

P.S. Przytoczenie nazwiska Michała Żebrowskiego i Artura Żmijewskiego nie miało na celu obrażenie nikogo, a w szczególności wymienionych Panów. Osobiście lubię tych aktórów i uważam ich za jednych z najlepszych w tej dziedzinie.