poniedziałek, 26 marca 2018

Rozdział 26


Powroty po urlopach są ciężkie. Trzeba wrócić do normalności, do rannego wstawania, skończyć z lenistwem. Ja wszystko rozumiem. Sama przecież nie jeden raz wracałam z wakacji do szkoły, na studia, czy nawet do pracy i człowiek zbytnio szczęśliwy wtedy nie jest, no ale są chyba jakieś granice! Ale najwidoczniej nie dla szanownego pana Pawełka.
Wystarczy tylko przekroczyć próg hotelu, a już wiadomo, że wielmożny panicz wrócił. Chyba z kilometra słychać jak się co chwila awanturuje.
Spojrzysz się nie tak, to już cały hotel go słyszy, jak się na tobie wyżywa. Marta, nasza nowa kelnerka, poryczała się przez niego, a ten nawet tego nie zauważył, tylko dalej się wydziera na wszystkich wkoło. Ja nie wiem, jak jego żona z nim wytrzymuje, ale ja po pięciu minutach mam go dość.
Nie ma co, fajnie się zaczyna tydzień, od samego rana w poniedziałek. Jeszcze jak na złość siedzę cały dzień na recepcji i tylko modlę się, żeby ten furiat jak najrzadziej tędy przechodził.
- Co się tak patrzysz?!
A więc przyszła i na mnie kolej.
- Po to mam oczy, żeby patrzeć.
- Nie pogrywaj tak ze mną - odpowiada Paweł opierając się nad ladą recepcji.
- Bo co mi zrobisz?
- Dużo!
- Paweł zostaw ją w spokoju!
Już miałam coś temu kelnerzynie powiedzieć, ale wrócił Marcin i ... się zaczęło na całego.
- Bo co?!!
Paweł odsuwa się ode mnie i podchodzi do Marcina stojącego po drugiej stronie holu.
- Bo to! Ona nie jest tu do tego, żebyś miał na kim wyładowywać swoje złości! Masz zły dzień to wyżyj się, nie wiem, na drzewie na parkingu, czy coś, a nie na nas, a szczególnie na dziewczynach!
W kościach czuję, że jeszcze chwila, a tu się krew poleje. A doświadczenie w łamaniu nosa to ja przecież mam. I to na jego imienniku przećwiczone.
- Paweł! Przeginasz dzisiaj! Marta się zwolniła do domu, bo nie mogła już wytrzymać! Ledwo ją uspokoiliśmy po tym jak się wydarłeś na nią, że niby nie tak trzymała talerze.
- Bo jak robiła to źle, to trzeba dziecko nauczyć jak się to robi, a nie robić aferę o to i beczeć.
- Właśnie! Pokazać, a nie wydzierać się tak, że dziewczyna nie chce jutro do roboty przyjść!
- Jak się małolata nie nadaje do roboty to bardzo dobrze, że nie chce przyjść. Co ona sobie myśli?! Że jest kolejną lalunią co przyjechała na wakacje sobie?! Nie mój drogi. Wystarczy nam jeden darmozjad...
- Ej?! Co tu się dzieję?!
Magda zjawia się w holu w ostatniej chwili. Jeszcze sekunda a doszłoby do bójki. Dobrze, że miała ze sobą Piotrka, drugiego kelnera, i udało mu się rozdzielić rzucającego się na Pawła Marcina.
A ja? Do tej pory nie zwracałam większej uwagi na słowa Pawła. Starałam się to puszczać mimo uszu, ale dziś... Mam wrażenie jakbym była w jakimś letargu. Dopiero krzyki Magdy pozwalają wrócić mi na ziemię. Nikt mi chyba nigdy tak nie ubliżył jak on. Ale za co? Co ja mu takiego zrobiłam, że mnie tak nienawidzi wręcz.
Menadżerka hotelu popatrzyła na nas wszystkich i po chwili postanowiła, że wszelkich wyjaśnień chce słuchać u siebie w biurze.
- Nie płacz - prosi Marcin podając mi chusteczkę.
Dopiero teraz, gdy na ustach poczułam słony smak, zorientowałam się, że z moich oczu płyną łzy. A obiecałam sobie, że już nigdy nie będę płakać przez faceta.
- Dlaczego ja zawsze muszę wpakować się w jakieś kłopoty?! - wzdycham zaciskając mocno zęby by nie rozpaść się na drobne strzępki.
- Wszystko się ułoży. Zobaczysz - stwierdza Marcin próbując mnie pocieszyć, jednak te słowa za wiele nie dają.
A gdy mnie przytula w moje głowie jest tylko jedna myśl - ja chcę do mojego Bartka. Tylko on potrafi mnie tak przytulić, bym uwierzyła, że jutro naprawdę może być lepsze.
- Chodźmy już - postanawiam odsuwając się od Marcina i wycierając ostatnią już chyba łzę z policzka. - Tylko nam tego brakuje, by Magda samo go tam rozszarpała.


***

No tak. Raz uda ci się wyjść przed czasem, drugi raz musisz zostać po godzinach. I to jeszcze marnując czas na gadkę z Magdą, Pawłem i Marcinem, na temat wielmożnego pana kelnera.
Zegar na ścianie za chwilę wybije godzinę dziewiętnasta, pora na wieczorynkę , a ja przez tego furiata jeszcze jestem w hotelu. A do domu wcale nie jest tak blisko.
- No dobra. Koniec na dziś – zarządza w końcu Magda - Chyba wyjaśnialiśmy sobie wszytko, a z tobą Paweł jeszcze jutro w cztery oczy chcę pomówić.
Żegnamy się z menadżerką i wychodzimy z gabinetu w którym zostawiliśmy ją samą, z którego niczym torpeda wybiegł wielce urażony Paweł, nawet na nas nie spoglądając, nie wspominając o powiedzeniu głupiego do widzenia na odchodne. A może to i dobrze. Im ten człowiek mniej się odzywa, tym lepiej dla wszystkich wkoło.
- Jeszcze chwila i bym tam wstał, zebrał te segregatory z biurka i zdzielił go nimi.
- Spokojnie Marcin, spokojnie. W ten sposób tego nie rozwiążemy. Trzeba coś innego wykombinować. Swoją drogą, ciekawe dlaczego nie mogą go zwolnić. Przecież pod dyscyplinarkę można byłoby wpisać te jego zachowania.
- Podobno ma jakieś układy z szefostwem, a oni zawsze stoją za nim murem.
Nie podoba mi się to. Dziwne zachowanie pracownika, a pracodawca nic z tym nie robi? Coś podejrzanie mi to wygląda, ale może ja jeszcze jednak za młoda, za mało doświadczenia w pracy. Zresztą, za trochę ponad miesiąc mnie już tu nie będzie. Nie ma sensu się tym przejmować zanadto.
- Nie widziałeś mojego telefonu – pytam Marcina, kiedy kolejny raz utwierdzam się, że kieszenie marynarki są puste, a w torebce też go nie mam. Chyba, że jednak oślepłam z tych nerwów.
Marcin rozgląda się chwilę po blacie biurka i po chwili odnajduje moją zgubę ukryta pod księgą meldunkową.
- Cholera jasna!
Soczyste przekleństwo wydobywa się z moich ust, zdecydowanie zbyt głośno niż myślałam i przyprawia recepcjonistę o niemałe zdumienie. No tak, dosyć tak głośno to jeszcze Karolina i przekleństwo?! Tak mój drogi kolego, ja też nam tą część słownika języka polskiego wzbogaconego przez Bogusława Lindę.
- Co jest?! - pyta jednocześnie zaciekawiony jak i przerażony.
Wcale mu się nie dziwię. Moja mina musi być naprawdę straszna, ale jaka ma niby być kiedy widzisz dwucyfrową liczbę nieodebranych połączeń od Bartka i Agnieszki. Nie wspominając o liczbie sms, przez które nawet nie próbuje przebrnąć, tylko jak najszybciej wybieram numer do Kłuska, który jednak nie odbiera połączenia.
- Boże! Zabije mnie!
- Kto?!
- Bartek.
- Jaki Bartek?! - dopytuje Marcina ja w głowię przeliczam jak szybko jestem, w stanie dotrzeć do Buczkowic. Jednak jest to zdecydowanie zbyt długo, a obiecałam, że się zjawię jeszcze przed wszystkimi innymi gośćmi. Zabije mnie jak nic.
- Kolega, miał dzisiaj taka małą imieninową imprezkę zrobić, w gronie przyjaciół i przez tego debila na śmierć zapomniałam
Wyjaśniam w skrócie kolejny raz wybierając numer do Bartka, który nadal jest nieosiągalny.
- Dużo się spóźniłaś?
- Zanim tam dojadę autobusem to będzie praktycznie już po wszystkim.
I to jest kolejny powód by w końcu zrobić to prawko. Kupiłabym jakieś małe autko i jeździła jak chciała, a nie ciągle zależna od komunikacji zbiorowej.
- Jeśli chcesz to mogę cię podrzucić?
- Serio, mógłbyś?
- No jasne, nie ma problemu.


***

- Wyczekują cię? - stwierdza Marcin gdy zatrzymuje samochód przed domem Bartka, a ten już po chwili wychodzi na schody.
- Wielkie dzięki. Jak jutro przyjdę do pracy to będzie to wyłącznie twoja zasługa .
- Nie wygląda na takiego, jakby miał ci coś zrobić. Jak go znam, to nawet muchy by nie skrzywdził.
- To wy się znacie?!
Wiem, trochę nie na miejscu to pytanie. W sumie nie jeden raz widzieli się w hotelu, gdy Bartek po mnie przyjeżdżał z treningów, witali się jak znajomi, więc chyba oczywiste, że się znają. Ale tu chyba jest jakaś grubsza sprawa z tą znajomością. Już nie raz miałam wrażenie, że bardzo chłodno do siebie podchodzą i przebywanie tej dwójki pod jednym dachem nie jest szczególnie dobrym pomysłem.
- Za dzieciaka się kumplowaliśmy, ale to historia na inny dzień.
- Ale, że żaden z was mi o tym nie wspomniał do tej pory, to aż dziw. Będziesz musiał się wyspowiadać przy najbliższej okazji, a dziś jeszcze raz dziękuję za wszytko.
- Nie ma za co. Do jutra. Nie szalej za bardzo.
- Dobrze szefie – żegnam się puszczając mu oczko, a on znów się tak dziwnie uśmiecha. Może on ma tak zawsze, a ja dopiero teraz to zauważyłam. Nie wiem.
- Taka to z ciebie przyjaciółka?! Tyle się spóźnić?! - wyrzuca na powitanie Kłusek.
Wiem, że żartuje, ale gdy go zobaczyłam wszystko nagle wróciło. Łzy znów napłynęły do oczu.
- Słonko – mówi przytulając mocno do siebie – przecież żartowałem.
- Wiem – odpowiadam cicho – Po prostu… potrzebowałam cię – szepczę jeszcze ciszej, jednak na tyle głośno by Bartek to usłyszał.
- Już, spokojnie – mówi jeszcze mocniej oplatając mnie swoimi ramionami i całując delikatnie w czubek głowy.
Nie wiem co się ze mną dzieje. Wtulam się w niego tak jakbym chciała wedrzeć się do jego wnętrza. Tam byłoby najlepiej.
A więc to prawda? Możliwe jest by istniał ktoś, kto potrafi przytulić cię tak mocno, że wszystkie twoje rozbite kawałki zbiorą się w całość? Czy naprawdę pewnego dnia w życiu pojawia się ktoś, dzięki komu zrozumiesz dlaczego z nikim innym ci nie wychodziło?
Karola! Uspokój się! To jest Bartek. Twój przyjaciel. Nie zagalopowuj się ze swoimi przemyśleniami. Pamiętaj co sobie obiecałaś jadąc tutaj. Żadnych miłości! Nie będziesz łamać nikomu serca. A zwłaszcza dobrej poczciwej Klusce.
- Dobra, koniec tego mazgajenia się – stwierdzam po dłuższej chwili, kończąc w głowie swoje durne przemyślenia. – W innym celu tu przyszłam.
Wyswobadzam się z niedźwiedziego uścisku i wyciągając przed siebie kolorową torebkę z prezentem zaczynam składać mu życzenia imieninowe.
- A więc do rzeczy. Kochany Bartusiu, przyjacielu mój najdroższy.
- O jak ładnie się zaczyna.
- Cicho bądź i mi nie przerywaj, bo chyba mam wenę.
- Okej, już milczę.
- No więc buloklepo ty mój drogi…
- Ale ja … - Bartek próbuje protestować na wypominanie mu tego niewdzięcznego przezwiska, jednak mina zabójcy na mojej twarzy zbija go z tego tropu.
- Milcz! Buloklepo ty mój drogi, w dniu świętowania twych imienin ja, jako twa najlepsza, najukochańsza przyjaciółka chciałabym ci życzyć duuużo skarpetek, bo zgredki ich potrzebują. Pięknych bul na które mógłbyś spadać, po każdym nieudolnym wybiciu się z progu.
- Ej no! - oburza się nieco Kłusek, jednak kąciki ust ma wykrzywione do góry i udawanie naburmuszonego średnio mu wychodzi.
- Żartuję. A teraz tak serio. Bartuś duuuuuużo zdrowia, żeby kontuzje omijały cię jak najszerszym łukiem. Wszystkie choroby, katary i przeziębienia jeszcze szerszym – bo byś mnie zarażał.
- Ha widzieliście to jaka kochana. Wszędzie znajdzie coś dla siebie.
- No a jak? Ale miałeś nie przerywać! - stwierdzam zawiedziona. -Na skoczni tylko wiatrów pod narty, lądowań z pięknym telemarkiem, samych dwudziestek od sędziów no i wiadomo, jak najmniej spotkań z panem Gratzerem. Pierwszych punktów to nie będę ci życzyć, bo jak mi przy najbliższej okazji ich nie zdobędziesz, to marny twój los i ze strachu wskoczysz wreszcie do tej drugiej serii, więc jak najwięcej zwycięstw nie tylko w pucharze, ale i na mistrzostwach i igrzyskach. No wiadomo kulki i orzełka za turniej też.
- Tak kobieto, wierz w to wszystko, wierz – odpowiada nieco smutno, tak jakby nie wierzył w to, że kiedykolwiek miałoby się to spełnić, a przecież to nie jest takie niemożliwe.
- Spróbuj połowy nie wypełnić, to zabiję.
- O kurde, trzeba się jednak spiąć.
- Oj trzeba, trzeba – odpowiadam i po chwili znów wracam do mojego monlogu z życzeniami - Szczęścia w życiu codziennym, żeby cię samochód nie ochlapał jak będziesz szedł na trening. Żeby ci paliwa nie zabrakło jak będziesz spieszył się na samolot, którym będziesz leciał do Planicy po kuleczkę. Abyś się nie spóźniał na randki. Obrony magisterki na piąteczkę, no i ogólnie, żeby cię szczęście nie opuszczało nigdy. Abyś spełnił wszystkie swe marzenia. Te najskrytsze malusieńkie też. Jeszcze więcej wspólnych imienin, wesel i innych imprez. Żebyś był zawsze tak uśmiechnięty jak po drużynówce w Wiśle.
- Przecież ja jestem prawie cały czas uśmiechnięty. A jak cię widzę to już nawet na sekundę mi ten uśmiech z buzi nie schodzi.
- No i oto chodzi. Aby ktoś cię nauczył kultury i powiedział, że się nie przerywa drugiej osobie gdy wygłasza swój monolog, nawet gdy jest on tylko do ciebie. Abyś znalazł wreszcie tą jedyną, wyśnioną, wymarzoną kobietkę, przy której będziesz zasypiał i budził się każdego wieczoru i ranka, która da ci gromadkę wspaniałych dzieciaczków, i z którą to założysz naprawdę szczęśliwą, kochającą się rodzinkę. A przy okazji fajnych teściów, szwagrów i szwagierek.
- Hahaha, ciężko z takim fajnym pakietem będzie.
- Kto szuka ten znajdzie. Wszystkiego najlepszego buloklepo.
Kończąc swą wypowiedź rzucam mu się znów na szyje i przy okazji daję mu mocnego, imieninowego całusa w policzek.
- To były chyba najlepsze życzenia jakie kiedykolwiek dostałem.
- Widzisz jaka jestem zdolna!
- Najzdolniejsza – potwierdza puszczając w powietrze całusa dla mnie.
- Już się tak nie podlizuj, tylko zobacz czy dobry rozmiar – odpowiadam wskazując zdezorientowanemu Kłuskowi na trzymaną przez niego torebkę.
- O nie! Teraz to już naprawdę nie żyjesz.
- Ale co?! Za małe? - podpytuje, jednak dla bezpieczeństwa delikatnie odsuwam się od Bartka. Nigdy nie wiadomo co mu do łba strzeli.
- Różowe skarpety?! Oszalałaś?!
- Yyy... już dawno – odpowiadam niepewnie, na co solenizant wywraca tylko oczami.
- I ja się jeszcze z taką zadaję.
- Tylko spróbuj w nich nie chodzić!
- Chyba nie myślisz o tym, że je kiedykolwiek założę – mówi niezwykle, jak na niego, poważnie, a ja z jeszcze większa powagą wyrzucam mu swoje żale.
- No wiesz! Jak możesz! Przekopałam całe Zakopane w poszukiwaniu tych skarpetek, a teraz mi mówisz, że ich nie założysz?! O nie mój drogi! Założysz je! Prędzej czy później, ale to zrobisz.
- A jak nie to co?!
- Nie odezwę się do ciebie aż do śmierci!
- Uuu groźnie.
- Taka zniewaga z twojej strony to i groźnie.
- No już nie fochaj. Założę je kiedyś. Ale tylko dla ciebie – zastrzega, a ja przed oczami już mam ten piękny widok Bartka w klapeczkach i różowych skarpetkach. To będzie cudny obrazek.
- Kochany! Wiedziałam, że się zgodzisz.
Po raz kolejny rzucamy się sobie na szyje, i trwamy w takim mocnym uścisku, aż Biegun nie zacznie stukać do nas przez okno w kuchni, i nie drzeć się "buzi, buzi".
- Im to się to chyba nigdy nie znudzi – wzdycham, a Bartek otwiera drzwi wejściowe domu i zaprasza do środka. 


***

- Kusy!
Siedzącego na skraju sofy Bartka zaczepia, zamyślony od dłuższej chwili, Titus.
- Co tam?
- Chodź no na słówko – woła go, a ruchem głowy Krzysiek proponuje wyjście z pokoju.
- Po co?
- No chodź nie marudź.
Z niezbyt zadowoloną miną Bartek wychodzi z salonu wraz z kolegą do sąsiedniego pokoju.
- No, czego chcesz?!
- Powiesz jej czy nie?! - pyta nieco ze złością Krysiek.
- Komu i o czym?
- Dobrze wiesz co i komu.
- Człowieku odpuść sobie – wzdycha Bartek próbując wrócić do reszty przyjaciół, jednak Miętus ciągnie go do środka zastawiając mu drogę ucieczki.
- Nie! Koniec tych wygłupów!
- Titus, jeśli chcesz znowu mnie z nią swatać to sobie odpuść tą gadaninę. Przynajmniej gardło oszczędź.
- Dlaczego ty nie chcesz jej powiedzieć, że ją kochasz?!
- Hmmm, zastanówmy się – odpowiadając na pytanie Kłusek przybiera teatralną postać myśliciela podpierając sobie lewą ręką brodę. - Bo jej nie kocham?! Proste chyba.
- Nie! Człowieku, jakbym nie widział cię dzisiaj, jak nie mogłeś sobie znaleźć miejsca przez te dwie godziny, bo jej nie było, a potem jak zadzwoniła do Agi i to jak wtedy odetchnąłeś z ulgą, bo już w głowie same czarne scenariusze miałeś. A ta mina jak ją ten Michał, Mietek czy jak mu tam …
- Marcin.
- Niech będzie i Marcin. I jak ją ten Marcin przywiózł, i jak najpierw wybiegłeś z domu, a potem jak czekałeś aż wysiądzie z samochodu to minę miałeś jakbyś ją na zdradzie nakrył czy co.
- Titusku troszku chyba za dużo procentów w tym twoim malutkim rozumku – śmieje się pod nosem Bartek.
- Nie czepiaj się mnie. Lepiej popatrz na siebie i na to, jaki jesteś w jej towarzystwie. Gapisz się na nią jakbyś jej nigdy miał już nie zobaczyć. Nie odstępujesz jej na krok. Przecież to widać, że ciągle tylko o niej myślisz.
- Coś jeszcze?
- Tak. Masz super dziewczynę na wyciągnięcie ręki. Miła, grzeczna, mądra, inteligentna, sympatyczna, ładna, dowcipna, przyjacielska …
- Skoro jest taka idealna to czemu sam się jej nie oświadczysz? - pyta Bartek, którego poziom nerwów, z każdym kolejnym słowem Krzyśka, drastycznie rośnie.
- Bo ona woli ciebie debilu!
- Masz rację. Inteligentna – odpowiada sarkastycznie Kłusek.
- Bartek! Ja już nie mogę z wami! Łazicie jak te ćmy. Ciągnie was do siebie, ale oboje boicie się podlecieć bliżej, żeby się nie sparzyć.
- Już? Skończyłeś?
- Yyyh! - mruczy z niezadowoleniem Miętus, jednocześnie naciskając na klamkę drzwi, które ja chcę otworzyć od drugiej strony
- Ooo! Tu się schowaliście. A my was szukamy po całym domu.
- To ja was zostawię samych. Błagam was!
Krzysiek patrzy na nas jeszcze przez chwile błagalnym wzrokiem składając przy tym ręce jak do modlitwy. Zaraz jednak wychodzi z pokoju zamykając za sobą drzwi.
Czyżbym mogła strzelać w ciemno z tematem rozmowy jaka była tu przeprowadzona?
- A ten co? Znowu swoje mądrości?
- No a jak – wzdycha Bartek opadając bezradnie na fotel.
Ups, chyba niektórzy przeholowali ze swoimi teoriami, bo po minie Kłuska, widać, że ma już tego dość, że już powoli traci cierpliwość do tych i gadek o naszej wielkiej miłości. Jeszcze tylko miesiąc i się skończy. Musi wytrzymać.
- Bartek, co jest?
- Nic.
- Jak nic jak widzę, że coś się dzieję.
- Wydaje ci się. - Próbuje mnie zbyć, jednak mój powątpiewający wzrok nie pozwala mu trwać w pewności, że mnie przekona do takiego kitu, jaki próbuje mi wcisnąć. - Może trochę zmęczony jestem. Pół nocy prowadziłem i to dlatego.
- To nie mogłeś zrobić tej imprezki jutro? Odpocząłbyś sobie dzisiaj a nie tak.
- A potem w środę z rana jedź na skocznię? Nie dzięki. Wole dzisiaj trochę pocierpieć, a nie ryzykować pojutrze.
- To może zwinę ekipę, a ty sobie odpoczniesz? - proponuję, widząc jak na oczy opadają mu ciężkie powieki. Przecież on tu zaraz uśnie.
- Oj nie, nie, nie! - Ożywia się nagle i wstając z fotela wskazuje na mnie palcem.
Co on znowu knuje?
Kłusek! Przywołuje cię do porządku! Proszę tak na mnie nie patrzeć tylko mówić o co się rozchodzi, bo ten diabelski uśmiech niczego dobrego dla mnie nie wróży.
- Ty za karę zostajesz i pomagasz mi sprzątać.
- Serio? - pytam zawiedziona taką oto niespodzianką.
- Tak słonko. Trzeba ponosić konsekwencje swoich czynów.
- Zabije jutro tego Pawła – syczę przez zaciśnięte zęby. - Jak pragnę zdrowia, zabije go jutro!
- Muchy nie skrzywdzisz, a człowieka zabijesz?
- To nie człowiek. To potwór!
- Swoją drogą to po Marcinie bym się nie spodziewał, że on taki honorowy.
- Przestań się go czepiać – proszę, bo jedyne czego mi dzisiaj do szczęścia brakuje to rozmów o Marcinie. Zaleźli sobie ewidentnie za skórę, ale mnie niech w to nie mieszają. Niech to będzie sprawa tylko między nimi. Dodatkowych atrakcji nie potrzebuje.
- To co, idziemy do reszty? - proponuję po chwili.
- Idziemy, bo zaraz zaczną snuć jakieś durne domysły, czemu nas tak długo nie ma – stwierdza Bartek łapiąc za klamkę w drzwiach.

***

No i cóż, za głupotę Pawła muszę płacić ja, i sprzątać po imprezce Bartka.
Echhh czego się nie robi dla przyjaciół. Trzeba się troszkę poświecić. Szczególnie gdy on pada ze zmęczenia, ze ścierką w ręce na kanapę i zasypia nie wiadomo kiedy.
Nie chcąc go budzić, przynoszę z jego pokoju kołdrę i otulam go nią. Jeszcze by zmarzła ta moja kluska w nocy i po co? Trzeba o niego troszkę zadbać.
Piszę mu kartkę, gdzie ma szukać kluczy rano. Mam nadzieję, że się skapnie i wyjdzie przez taras by wyjąć je ze skrzynki na listy. A jak się nie domyśli, to jego problem, ale w otwartej chałupie go nie zostawię. A jak złodzieje się będą chcieli włamać i go ukraść?! Gdzie Kruczek znajdzie takiego drugiego buloklepe?!
Na do widzenia całuję go w czółko i wychodzę, zamykając za sobą drzwi.


_______________________________________________________


Witam Was Człowieki !
Miało być wczoraj, ale ostatni akord sezonu odebrał wieczorem wenę, co nie zmienia faktu, że końcówkę i tak zrąbałam :(
Sezon się skończył, Kamil odjechał na rowerze, a nam pozostało być cierpliwym jak nasz Stefanek i czekać na kolejny sezon. Nie zapominajcie jednak, że Waltah zawsze jest wśród nas ze swoim wiatrem ;)
Trzymajcie się cieplutko i do zobaczenia niedługo 
Karolka :* 



niedziela, 11 marca 2018

Rozdział 25


Promienie słońca wpadające do pomieszczenia budzą mnie ze snu. Otwieram powoli oczy i co widzę? Twarz Bartka i uśmiech na jego twarzy. Jednak coś mi tu nie gra. Nie podoba mi się on. Jest jakiś nieswój. Niby usta wykrzywione do góry, jak to u niego zwykle bywa. Opatulił mnie kocem a dodatkowo zamknął mnie w mocnym uścisku, ale ten jego wzrok. Taki dziwny. Z jednej strony ma te swoje iskierki radości, ale z drugiej taki jakby zdruzgotany? Rozczarowany może. Mam jednak wrażenie, że nie będzie najlepszym pomysłem zapytać go teraz o to. Bo tu chyba nie chodzi tylko o ból w nodze. A tak w ogóle dlaczego ja znów śpię u Bartka?!
- Cześć - wita mnie po chwili.
- Yyy... hej.
Podnoszę głowę i próbuję zebrać myśli, co zaraz po przebudzeniu wcale nie jest takie proste.
- No i z czego się śmiejesz?
- Z tego twojego nieogarnięcia.
Tak panie buloklepo, ciekawe jak ty byś się zachowywał na moim miejscu.
- Ej to nieśmieszne - oburzam się siadając już normalnie na łóżku.
- Ty tak zawsze jak się budzisz?
- Nie, chyba nie. Nie wiem nie zwracam uwagi na to. Ej no nie śmiej się! - Dźgam go w żebra, ale bestia już się chyba uodporniła na moje ciosy - Sam lepszy pewnie nie jesteś!
- Pewnie nie, ale fajnie się z kogoś pośmiać.
Słyszeliście go?! On się otwarcie ze mnie naśmiewa! Do sądu z tym pójdę!
- Nie!
- Oj nie fochaj się. Karolka. Karoluś, Karolinko. No proszę, uśmiechnij się tak ładnie dla swojego buloklepy. No proszę, zrób to dla niego.
Jak ja nie lubię kiedy on tak robi. To jest wbrew prawu grać w ten sposób na moich uczuciach, z tymi kocimi oczami i słodkimi minkami. Kolejne zarzuty jakie mu prokurator powinien postawić! Nie wykaraskasz się z tego kochaniutki. Nie ma takiej opcji.
- No i tak od razu lepiej. Nie ma to jak się obudzić i zobaczyć uśmiech na twarzy osoby z którą spędziłeś noc.
Bartek niestety dopiero stawiając kropkę na końcu wypowiadanego przez siebie zdania zrozumiał jak ono zabrzmiało. Ależ panie Kłusku, to wcale nie zabrzmiało dwuznacznie, niech się pan tak nie peszy, tylko Bogu dziękuje, że tu Titusa nie było.
- Ty już lepiej nic się nie odzywaj tylko powiedz która godzina.
- Yyyy... - jęczy Bartek w poszukiwaniu najprawdopodobniej telefonu. Czyżby nie znał się na zegarku ze wskazówkami?
- Na ręce masz zegarek - podpowiadam po chwili chcąc sprawdzić umiejętności odczytywania godzin przez buloklepe.
- A no. Za piętnaście ósma.
- Że co?! Cholera!
Nie zwracając już na niego uwagi, wypadam szybko z pokoju, i lecę na dół zakładać buty i bluzę, z która wczoraj tutaj przyszłam.
- Spokojnie, bo mi się zabijesz - mówi Bartek powoli schodząc ze schodów, delikatnie stając już na kontuzjowaną nogę.
- Trudno, ale inaczej nie zdążę do pracy.
- To cię zawiozę.
Czy tobie już mózg całkiem wyparował? Na nogę stanąć nie możesz, ale za kierownice się pchasz?!
- Jak?! Noga cię boli!
- Nie jest źle. Patrz chodzę już prawie normalnie.
- Prawie robi wielką różnicę! I nie zagaduj mnie bo się spóźnię na bank. Papa. - Żegnam się z Bartkiem otwierając drzwi, jednak zanim zdążę je zamknąć woła mnie jeszcze do środka.
- Czekaj! Telefon! - podaje mi urządzenie ze stolika w kuchni i dodaje na pożegnanie - Uważaj na siebie.
- Ty na siebie też, buloklepo. - Posyłam mu jeszcze całusa i wybiegam szybko z domu.

***

Wchodzę z Magdą do jednej z sal, w której podajemy posiłki w hotelu, a tam już wszyscy się zgromadzili, na czele z samym zainteresowanym całym zajściem.
- Mówiłam ci, że się spóźnimy - szepcze mi do ucha przełożona, a po chwili do sali wjeżdża tort z dokładnie wyliczonymi, dwudziestoma pięcioma świeczkami.
Całą załogą hotelową odśpiewujemy Marcinkowi gromkie sto lat po czym grzecznie ustawiamy w dość pokaźna kolejeczkę z życzeniami.
- I czego mam ci życzyć na to ćwierćwiecze, co? - pytam go gdy wreszcie i na mnie przychodzi pora ma przyjacielski uścisk.
- Żebym się zaraził od ciebie tą tryskającą energią
- Oj nie wiem czy to byłby taki dobry pomysł…
Moja wypowiedź przerywa jednak Marcin marszcząc przy tym nos w taki zabawny sposób, że nie sposób się nie uśmiechnąć.
- Boisz się, że bym ci ją całą zabrał?
- Powiedzmy, że tak, więc dla swojego bezpieczeństwa lepiej jeśli złożę ci nieco bardziej tradycyjne życzenia. Tak więc duuużo zdrówka, szczęścia, spełnienia marzeń i abyś wreszcie znalazł taką cuuudną miłość swego życia.
- Chyba już znalazłem - odpowiada nieco ciszej.
- I się jeszcze nie pochwaliłeś? Oj nie ładnie, nie ładnie panie Marcinie.
- Pogadamy o tym, ale nie dziś bo dziś zapraszam panią na małe świętowanie na miasto.
- Rozumiem, że nie ma opcji odmowy?
- A co? Miałaś inne plany? - pyta nieco zawiedziony moją odpowiedzią.
- Romantyczny wieczór z herbatka i książką chyba jednak mogę przełożyć. W sumie, nieczęsto kolega obchodzi dwudzieste piąte urodziny, co nie?!
- Mam nadzieję, że im to jakoś wytłumaczysz i nie będę musiał się o ciebie z nimi bić.
- Chyba nie miałbyś szans w tej potyczce.
- Pozory mylą, kochaniutka, ale skoro obejdzie się bez rękoczynów, to będę czekać na ciebie po pracy.
- Albo ja na ciebie - odpowiadam puszczając oczko w jego stronę, a powolnym krokiem cihutko odchodzę w przeciwległą część sali. 

*** BARTEK ***

         
Norwegowie dostali kilka dni urlopu, więc Johann spakował manatki, wsiadł w samolot i przyleciał do przyszłych teściów wraz z ich ukochaną córunia. Na moje szczęście udało mu się wyrwać na chwile z tych rodzinnych spotkań i możemy teraz siedzieć w jednym z barów w Zakopanem i sączyć piwo, bo tego piciem nie można nazwać. W sumie to nie wiem po co ja je kupiłem, w ogóle mi nie smakuje, tak jak i wszystko co próbuję wziąć od rada do buzi i przeżuć. Po prostu nic mi nie przejdzie przez gardło.
         - O! Patrz kogo tu przywiało - żywo reaguje Forfang zauważając wchodzącą do lokalu Karolinę, energicznie do niej machając z nadzieją, że nas zauważy. 
Widzę wybrali się większą ekipą na podbój miasta. Tylko dlaczego Marcin tak się do niej klei. Nie podoba mi się to i te jego słodkie minki kierowane w jej stronę. Opanuj się Kłusek, to jej kolega z pracy. Ma prawo się z nim spotykać poza hotelem tak samo jak i z tobą.
        - Hej chłopaki - wita się wesoło Karola, która właśnie do nas podeszła.
        - Cześć starsza. Siadaj - odpowiada jej Johann zapraszającym gestem wskazując na wolne krzesło obok.
        - Niestety panie młody, ja dzisiaj z inna ekipą - odpowiada wskazując głową na swoich znajomych z pracy stojących przy barze.
- Już nas nie lubisz? - podpytuje smutno próbując wtrącić się do rozmowy.
- Oj Bartuś, czy ja was kiedykolwiek lubiłam?
- No a nie?
- Nie – odpowiada z powagą, jednak dostrzegam w jej oku ten wesoły błysk, który zawsze ma gdy zaczyna się ze mną droczyć.
- No wiesz! - Próbuję udawać urażonego, ale na niej nie robi to żadnego wrażenia.
- Nie rób takich dziwnych min, bo ci się następną zmarszczka zrobi.
- To nie usiądziesz z nami choć na chwilę?
- Nie Johannku. Może innym razem. Kolega z hotelu ma dziś urodziny i wyszliśmy poświętować. A wy co tak tylko we dwóch?
- A tak jakoś wyszło – odpowiadam przyglądając się Marcinowi, który poszukuje wzrokiem Karoli - A ciebie już wołają.
Na moje słowa odwraca się w poszukiwaniu miejsca w którym rozlokowała się ekipa, z którą tutaj przyszła.
- Echhh, muszę was niestety opuścić. Nie spijcie się za bardzo – mówi puszczając przy tym do nas oczko i zostawia nas samych.
- No to mów o co chodzi.
Ciszę, w której zdążyłem odprowadzić dziewczynę do jej stolika, wreszcie przerywa Johann przyglądając się nerwowym ruchom moich dłoni bawiących się serwetką.
- O nic – odpowiadam udając, że nie mam pojęcia o co mu chodzi, choć doskonale wiem, że Forfang za chwilę i tak wydusi ze mnie wszystko. W sumie po to go tu ściągnąłem, mimo że to chyba nie był najlepszy pomysł.
- Jak o nic, jak widzę, że coś cię gryzie.
- Wydaje ci się – mamrocze pociągając łyk napoju chmielowego. 
- Bartek! Za dobrze cię znam. No nie patrz tak na mnie tylko wyduś to z siebie.
- Nie ma o czym gadać.
Bo taka jest prawda. Nie ma o czym gadać. Sam sobie z tym muszę poradzić i to na pewno nie w sposób który doradzi mi Norweg. Ale z drugiej strony nie ma tez sensu tego dusić w sobie, a on jest jedyną osobą której mogę zaufać, że choćby go torturowali to mnie nie wygada. 
- Chyba jednak jest. Dzwonisz bym przyjechał, siedzimy tu we dwóch, widzę, że coś cię gryzie, a teraz mi mówisz, że nie ma o czym gadać?! Naprawdę chcesz to w sobie dusić? 
- No bo ona… - zaczynam mówić przyłapując się na tym, że nie spuszczam z niej wzroku. A co gorsza nie mam zamiaru tego przerywać. 
- Jaka ona?
- Karola, a kto inny? - odpowiadam nieco ironicznie, bo jakby się nie domyślał o kogo się rozchodzi.
- I co ta Karola?
- Spała dzisiaj u mnie.
- Ale to chyba nie pierwszy raz z tego co wiem.
Fakt, nie był to pierwszy raz, ale za to pierwszy raz gdy usnęliśmy razem, w jednym łóżku. To nie było tak jak wtedy gdy ratowała mnie z naleśnikami i usnęła z dzieciakami w salonie. To nie było tak jak wtedy, gdy po weselu usnęła mi na rękach a ja, nie mając już sił nieść jej do Agi, położyłem ją u siebie w pokoju, a sam ululałem się na fotelu. Wczoraj było to coś, co chyba nigdy nie powinno się wydarzyć. 
- No nie pierwszy, ale… - przerywam bo sam nie wiem co mam mu powiedzieć przez ten mętlik w głowie. 
- Ale??? - Johann próbuje mnie ciągnąć za język.
- Wczoraj, po tym jak dostałem burę, że nie dzwoniłem od razu, że do szpitala pojechałem z tą kostką, powiedziałem żeby wpadła do mnie wieczorem – powoli zaczynam opowiadać wydarzenia poprzedniego dnia - Sam w domu miałem być, a z tą nogą to nie było jak wyjść. Przyszła później. Zrobiliśmy herbatę i poszliśmy do mnie do pokoju, żeby jakiś film obejrzeć. Siedliśmy u mnie na łóżku. I włączyliśmy „Krainę lodu” czy jakoś tak, bo dzieciaki jak były ostatnio, i płytę zostawiły, a ona się uparła, żeby to obejrzeć. W sumie fajna ta bajka. Ten bałwanek był zarąbisty.
- Ej! - wtrąca się nagle Johann - Nie gadaj mi tu o bajce tylko co było potem z wami było.
- W sumie to nic. Ona najpierw oparła sobie głowę o moje ramię, ale było jej chyba nie za wygodnie, to powiedziałem jej, żeby sobie wzięła głowę i położyła mi na klatce, i się tak położyła. Leżymy tak, i oglądamy tą bajkę, i o coś się jej zapytałem, a ona cisza. Spoglądam na nią, a ona już spała.
- Iiii???
- No i spała sobie. Przykryłem nas trochę kocem i myślałem, że też zaraz usnę.
- Ale nie usnąłeś?
- No nie – wzdycham a przed oczami znów mam widok poprzedniej nocy - Bo jak ci ktoś śpi na twoich piersiach to robisz wszystko żeby ta osoba się nie obudziła. Nawet jak tobie trochę nie za wygodne, ale jak ona ma głowę na twojej klatce to boisz się oddychać, żeby jej nie obudzić. I nawet nie wiem kiedy objąłem ją, to znaczy położyłem jej jakoś ręce na talii no wiesz jak.
- Nie opisuj mi tu sposobu obejmowania kobiety mów co się działo dalej.
- Jak ją objąłem tak to ona się ta wtuliła we mnie, złapała mocno za koszulkę jakby się bała, że coś by mogło nas rozdzielić. Może jej się coś śniło, choć miała taki piękny uśmiech wtedy. A moja ręką sama zaczęła ją głaskać po plecach. I jak popatrzyłem jak ona sobie tak słodko śpi. Jak pomyślałem, że ona jest taka krucha, delikatna, taka bezbronna, ale gdy jest w moich ramionach to przecież nic nie może się jej stać. Przecież nie pozwolę żeby ktoś ja skrzywdził i w ogóle jakby ktoś próbował jej coś zrobić to nie ręczę za siebie.
- Z Gregorem już pokazałeś – Johann przypomina wydarzenia z konkursów w Zakopanym, po których Austriak ma chyba jakiś areszt domowy bo na konkursy nie jeździ. - A niby wtedy nie byłeś w niej zakochany.
- Bo nie byłem, a Gregorowi to się od jakiegoś czasu zbierało, i tylko było czekać aż ktoś mu w końcu przyłoży.
- Co racja to racja, ale wracamy do was.
Uśmiecham się lekko pod nosem uświadamiając sobie jak to byłoby fajnie gdyby to „was” znalazło większe odzwierciedlenie w rzeczywistości niż jej to możliwe. 
- Spała sobie tak cudownie, tak... nawet się nie da tego określić. Po prostu patrzysz i nie możesz wzroku od niej oderwać. I tylko patrzysz, i patrzysz, i nie możesz się nadziwić. A potem jak się uśmiechnęła przez sen, po prostu coś tak cudownego, tak że… brak słów. Najpiękniejszy widok świata. Żadne medale ani puchary nie są warte takiego obrazu. A rano gdy się obudziłem, a ona jeszcze smacznie spała w moich ramionach, to czułem się jakbym cały swój świat miał w tych ramionach. Nic więcej, nic mniej tylko ona.
- No stary, nieźle cię wzięło.
Popatrzyłem na niego jak na jakiegoś głupca, ale ma racje wzięło mnie tak jak nigdy jeszcze. I to nie jest wcale takie dobre jakby się mogło wydawać.
- No nie patrz tak na mnie tylko się przyznaj sam przed sobą, że ją kochasz. Gadasz z takim bananem na twarzy, jakbyś co najmniej złoto na igrzyskach zdobył. Powiedz sobie wreszcie, że ją kochasz, a nie udajesz sam przed sobą, że tak nie jest.
- I co z tego, że jestem tego świadomy?
- Jak to co? To był pierwszy krok, a teraz drugi - musisz jej o tym powiedzieć.
- Nie mogę – wzdycham przypominając sobie mój spacer z nią podczas wesela Olka i naszą rozmowę tam, o który chyba nie bez powodu nieraz śnił mi się po nocach.
- Nie ma nie mogę! Mam ci powiedzieć jak masz to zrobić?
- Nie o to chodzi.
- To o co?
- Obiecałem jej, że ją ochronię przed miłością.
- Co jej obiecałeś?! - Dopytuje Johann z nadzieją w głosie, że przez rozmowę w języku angielskim, który nie jest dla żadnego z nas rodzimym językiem, coś źle zrozumiał. 
- Wtedy na weselu Olka, jak wyszliśmy się przejść, co potem z Filipem wróciliśmy. Zanim ich znaleźliśmy, to ona mi się rozpłakała na środku ulicy i prosiła żebym ją pilnował przede tym, żeby się tu nie zakochała. Bo ona nie chce nikomu łamać serca i sobie na nowo też, a zaraz wraca do domu więc wszystko by się tak skończyło.
- I co zgodziłeś się?!
- A miałem inne wyjście?! Rozpłakała mi się na środku drogi, a przecież wtedy nie pomyślałbym, żeby się w niej zakochiwać. Jeszcze zaraz tamci wyskoczyli i w sumie nie wróciliśmy już do tej rozmowy.
- Może zapomniała o tym?
- Pamięta. Doskonale pamięta.
- No to mamy problem –wzdycha Johann wydający się być niemniej przejęty moją sytuacją jak ja sam -Ale może jak jej jednak powiesz, to zmieni zdanie.
- Czy ona ci wygląda na osobę, która lubi zmieniać zdanie – Norweg odwraca się do tyłu i spogląda na Karolinę i kręci przecząco głową– No właśnie. A wiesz co jest w tym wszystkim najgorsze? -Johann pytającym wzrokiem spogląda na mnie. - Że ja ją kocham tak jak żadnej innej wcześniej. Do żadnej nie czułem tego co do niej. Ja bym dla niej wszystko zrobił. W ogień za nią skoczył, skoki rzucił do kata, na koniec świata bym za nią poszedł.
- Bo to ta jedyna – odpowiada smutno przyjaciel
- Jedna jedyna, wyśniona, wymarzona i wolna, a jednak niedostępną – wzdycham próbując na nią nie spoglądać - Nie wiem jak ja wytrzymam te półtora miesiąca, kiedy jeszcze tutaj będzie. Jak wyjedzie to będzie łatwiej, ale póki jest… Wiesz jak ja się w nocy broniłem przed tym, żeby jej nie pocałować gdy spała. Boję się, ze któregoś dnia jednak nie wytrzymam i wtedy będzie już po wszystkim.
- A jeśli ona i ciebie kocha, tak jak ty ją? Tylko też boi się do tego przyznać? Może gdybyś ty jej wyznał to, co leży ci na sercu to i ona by zrozumiała, że cię kocha, i wszystko by się ułożyło, i oboje bylibyście szczęśliwi.
- Tylko ona się nie przyzna. Ona jest tak zafiksowana tym, że musi wyjechać i raczej szybko nie wróci, że to przechodzi ludzkie pojęcie. Dlatego nie chce się zakochać, bo uważa że taka miłość na odległość nie ma sensu i tylko łamie serca.
Może warto jednak zaryzykować? Może się uda. Jak to mówią ryzyk fizyk. Nie spróbujesz to się nie przekonasz.
- Nie! Lepiej niech zostanie tak jak jest.
To jest chyba najlepsza decyzja jaką mogę teraz podjąć. Przecież gdybym jej powiedział to by mnie zaczęła unikać, nasze rozmowy nie byłyby tak swobodne tylko napięte i dość służbowe. Ja się jakoś upilnuje, dam radę, a w nagrodę będę w pewien sposób ciągle miał obok siebie. Tylko tyle i aż tyle.
- Jesteś pewny?
- Nie, ale … Nie, nie mogę. Obiecałem jej. Ona mi zaufała, nie mogę jej zawieść.
- Zastanów się jeszcze – prosi Norweg ale decyzja już podjęta.
- Johann dla mnie najważniejsze jest to, żeby była szczęśliwa. A to, że nie przy moim boku to tylko szczegół.
Nawet gdyby miałby to być Marcin, który ma chyba równie nikłe szanse jak ja. Choć w sumie, on nie żyje ciągle na walizkach, w weekendy by się częściej widywali niż ja z nią. Może jednak odpuścić skoki i zająć się jakąś bardziej stabilną pracą na miejscu?
- Wykończy się to – stwierdza po chwili Johann
- Trudno. Życie.
- Nie ma trudno, tylko działaj, żeby było tak jakbyś tego chciał.
- Nie. Widocznie ma tak być. Albo względne powodzenie na skoczni, albo w miłości. Jak jedno to nie drugie.
Analizując ostatnie sezony tak właśnie było. Gdy zacząłem spotykać się z Kaśką moja forma falować, ale im bliżej było do naszego rozstania tym bardziej stabilna ona była a wyniki w kontynentalu jednak dość obiecujące, choć na puchar świata się to nie przełożyło. A teraz co? Niby lato rządzi się swoimi prawami, ale jednak spokojnie mogę rywalizować nie tylko o punkty ale i o pierwszą dziesiątkę konkursu, co wcześniej wydawało się cudem w moim wykonaniu. A serce? Znalazło osobę do pokochania, ale jednak nie jest to miłość do odpowiedniej kobiety.
- Bartek! Chłopie! Ogarnij się! Nie wiesz, że miłość uskrzydla? Chyba każdy skoczek ci to powie. Zresztą zapytaj Kamila, on ci wykład o tym piękny strzeli.
- Mi najwidoczniej nie jest to pisane. 
- Nie gadaj głupstw. Odkąd znasz Karolę, to całkiem inaczej skaczesz. Teraz to będzie tylko lepiej. Musi być lepiej.
- Tsaaa zima przyjdzie znowu będzie klepanie buli. I jej też nie będzie.
- Przestań gadać te głupoty! Jeszcze na waszym weselichu będziemy się bawić.
Oj Johann, nawet nie wiesz jakbym chciał mieć tą pewność jaką ty posiadasz.
- No nie patrz tak na mnie jakbym po chińsku gadał. Wspomnisz jeszcze moje słowa.
- Marzenia – mamrocze pod nosem w głowie wyobrażając sobie Karolinę w białej sukni stojącej przed ołtarzem. Cudny widok.
- Ech tobie to też ciężko przemówić do rozumu – wzdycha bezradnie Forfang. 
- Stary zlituj się już. Błagam.
- Dzisiaj tak, ale masz z nią pogadać, albo ja to załatwię!
- Nie! Nie! Nie!!!
- Ciszej! Nie każdy musi cię słyszeć.
- Błagam. Johann nikomu ani sowa o tym co ci tu powiedziałem.
Tak, bo mi jeszcze tylko tego brakuje by Hermenegilda głowę truła. Mam wystarczająca liczbę ludzi od tego tutaj. 
- Spokojnie, przecież mnie znasz i wesz, że ja nikomu ani słówka.
- Wystarczy mi, że tamte debile tylko by nas swatali.
- A wy się tak bronicie. Ale patrz! Z twoja miłością trafili, to i z Karola musi coś być na rzeczy.
- I co z tego, ale trafili jak i tak nic z tego nie wyjdzie.
- Pożyjemy zobaczymy – Johann podsumowuje nasza rozmowę, ale z taką pewnością w głosie jakby naprawdę wszystko miało się udać tak jakbyśmy wszyscy tego chcieli.


***


W końcu nie wiem, czy ten buloklepa jedzie jutro na zawody, czy nie. Kuba nic nie wie, a rano przecież nie było wiadome. Zresztą, rano nawet nie myślałam o tym, żeby się go o to pytać. Ale skoro twierdził, że może chodzić, a nawet samochód prowadzić więc pewnie pojedzie. Tyle spokoju co go nie ma przez te trzy czy cztery dni. No dobra, zadzwonię do niego, jeszcze nie ma dziesiątej to pewnie nie śpi.
- Ooo Karolka. A czemu to dzieciątko jeszcze nie śpi?
- A ty czemu? - grzeczne to może i nie jest ale cóż, czasem pytaniem na pytanie tez trzeba odpowiedzieć
- Pakuje się.
- Czyli jednak jedziesz?

- Jadę, jadę – odpowiada zadowolony Bartek. W sumie mi tez kamień z serca spadł, że to była naprawdę niegroźna kontuzja, która mija po kilku dniach
- Tyle spokoju co pojedziesz.
- No wiesz co!
- Oj no żartowałam.
- No myślę!
Panie Klusek, proszę mi się tu nie bawić w jakieś fochy czy cos.
- A jak ta noga. Przeszło całkiem?
- Praktycznie tak, ale spoko, nie z takimi problemami się jeździło na zawody.
Mogłeś sobie zaoszczędzić tego ostatniego zdania, bo mnie ono wcale nie uspokoiło, wręcz przeciwnie. Teraz będę tylko myślała kto z jaka kontuzja skacze. 
- A ty jak tam? Nie szumi za bardzo w główce.
Czy ja tu wyczuwam śmiech w pana glosie? Nieładnie, oj nieładnie tak się naśmiewać ze mnie, ze swojej najukochańszej koleżanki.
- Nie, czemu. Po jednym małym piwku?
- Jednym??
- Dobra dwóch, ale z sokiem to one nie były takie mocne.
- Dobra nie tłumacz się. Doskonale widziałem.
No nie, to on mnie szpieguje? Monitoring założył? I to bezprawnie? Bez mojej zgody. Oj panie Klusek, niech pan ze mną lepiej nie zadziera, bo się to dla pana źle skończy.
- A co ty sprawdzasz mnie ile wypije?
- Muszę o ciebie dbać.
- Ojej, jaki dobry buloklepa się znalazłmówię z pełną ironią w głosie. 
- Wspaniały lepiej brzmi.
- Taaa jasne. I co jeszcze do tego? Może tytuł najlepszego uklepywacza bul?
- Nie, podziękuje, taki zachłanny nie jestem.
- Ech Kłusek, Kłusek, co ja z tobą mam.
- Nie marudź, zawsze mogłaś trafić gorzej.
Oj nie byłabym taka pewna, ale nie będę go wyprowadzać z błędu. Niech ma ta satysfakcje, choć raz. 
- Powiedzmy, że tak. Dobrze, ja już nie przeszkadzam, śpij dobrze, nie tak jak dziś.
- Nie było tak źle. Nie pogniewałbym się gdyby się to częściej zdarzało.
To niby mi ma szumieć w głowie, a tu jednak on zaczyna bredzić i jakieś dwuznaczne propozycje rzuca.
- Ale masz marzenia buloklepo.
- Marzenia po to by je spełniać – stwierdza Bartek.
- Dlatego masz się spiąć i zimą zdobyć wreszcie te punkty, bo twojego morderstwa nie mam jeszcze na liście marzeń, wiec jeśli ci życie miłe, to jest to jedyna rzecz która może cię wyratować od wpisu na ta listę.
- To faktycznie, trzeba będzie się spiąć.
- Wiec idź już spać i wypocznij przed podrożą.
- Tak jest słoneczko.
Nie wiem czemu, ale w tym słoneczku, wypowiedzianym przez niego, jest coś tak uroczego, że pojawia mi się jakiś dziwny banan na twarzy.
- Skopcie tam tyłki tym Niemcom.
- Dla ciebie wszystko.
- Nie rób tego dla mnie tylko dla siebie. To ty masz czerpać przyjemność ze skoku i wygranej, a nie ja…
- Ale gdy widzisz kogoś, kto w ciebie bezgranicznie wierzy i rozpiera go duma, to ta przyjemność jest jeszcze większą.
W sumie to Bartek ma racje. Sama po sobie wiem, że sukcesy w szkole czy na uczelni stawały się jeszcze większe gdy rodzice i dziadkowie mogli komuś opowiedzieć o tym, bo byli tak dumni, że nie potrafili tego zatrzymać wyłącznie dla siebie i musieli się tym faktem dzielić ze światem. 
- Jednak nie zapominaj o tym, że to przede wszystkim ty masz się z tego cieszyć, nie ktoś inny tylko ty.
- Zapamiętam.
- Dobranoc – odpowiadam po chwili chcąc zakończyć rozmowę, jednak nie jest mi to dane.
- Karola! - Bartek odzywa się jeszcze w słuchawce.
- Tak?
- Ciesze się, że cię poznałem - odpowiada po chwili zastanowienia, a mi aż łezka po policzku spływa. Coś za bardzo emocjonalnie do tego wszystkiego podchodzę. Starzeję się chyba.
- Ja też, Bartuś. Ja też.



______________________________________________________

Hej! Hop! Czołem!
Ups, ale się porobiło z tym naszym Bartusiem. Kto by pomyślał, że jedna noc doprowadzi go do takiego stanu. Biedactwo. Nie ma nic gorszego niż kochać się w przyjacielu. 
Tak, wiem. Bardzo to przemyślane pisać "opowiadanie" z perspektywy jednej osoby, a potem nagle wyjeżdżać z POVem Bartka. Miałam go usunąć, ale nie potrafiłam. Nie żeby ta scena była jakaś genialna (choć na moje talenty to w sumie nie jest taka zła), ale chyba tak będzie lepiej.
Więc teraz czekam na Wasze reakcje co do Kluski. Mam nadzieję, że nie liczycie, że w następnym rozdziale wyjawi jej miłość, wolałabym Was nie rozczarować ;)
Trzymajcie się cieplutko
Karolka :*

PS. Nie mam pojęcia co się porobiło z ta czcionką ;(