poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Rozdział 19

Wieczorem, gdy kładłam się do łóżka zasłoniłam okno roletą, by promienie słoneczka nie chciały mnie zbyt wcześnie wygonić z łóżka. Kur, kaczek ani innych gęsi nie mamy, więc pobudki nie przewidywałam o świcie. Zapomniałam jedynie o wyciszeniu telefonu. Gdy przewracam się jeszcze z boku na bok, zrzucając kołdrę na podłogę, po pokoju roznosi się dźwięk przychodzącego sms'a.
Boziu! Co to za debil pisze do mnie z samego rana. Przysięgam, że żywym długo go podziwiać nie będziecie.
Przecieram zaspane oczy i widzę co to za półgłówek. W sumie mogłam się domyślić, że to on.
Bartek: Cholera jasna! Nie mogę stanąć na prawą nogę, tak boli!
No tak! Kłusek jak zwykle. Kultury za grosz. Dosyć budzi w środku nocy, to nawet się nie przywita a od wulgaryzmów zaczyna. Już nie mam siły znów mu tłumaczyć savoir-vivre.
Ja: I musiałeś mnie obudzić, żeby mi to powiedzieć.
Odpisuje szybko i w równie ekspresowym tempie otrzymuje odpowiedź
Bartek: To Ty jeszcze śpisz??!!
A czy to takie dziwne, że gdy człowiek ma w planach balety do rana to chce się przed tym porządnie wyspać?!
Ja: Wyobraź sobie, że jeszcze spałam, ale napisał mi jeden buloklepa SMS-a i się obudziłam.
Bartek: To o której chciałaś się niby obudzić
Ja: O 8:00
Bartek: To jeszcze chwilka tylko.
Błagam cię człowieku. Nie uruchamiaj mnie!
Ja: Bezcenne 7 minut!
Bartek: Oj tam. Tylko 7 minut. Wyspałaś się chociaż, jak Ci kazałem?
Ja: Dzięki Tobie NIEEEEE!!!!
Bartek: A mówiłem, żebyś się wyspała
No nie! Ręce opadają do samej ziemi.
Ja: Było mnie nie budzić. I szkoda, że mi nie powiedziałeś wcześniej, że Cię noga będzie boleć.
Bartek: Skąd mogłem wiedzieć?!
Ja: Nie wiem, ale jakby wiedziała wcześniej, choćby wczoraj rano, to bym może kogoś znalazła, żeby ze mną poszedł, a tak to nie mam kiedy teraz.
Może by się Marcina jeszcze namówiło.
Bartek: W ogóle to jak idziemy? Ty ze mną, ja z Tobą czy każdy osobno?
Ja: A co to za różnica? Idziemy razem i już.
Dwa osobne zaproszenia niby są, ale jak już wojna zakończona no to było jasne że idziemy razem. A co to za różnica jak to oficjalnie by było. Nikt tam chyba nie będzie tak szczegółowej kroniki pisał.
Bartek: W sumie to chyba żadna.
Ja: Następnym razem pomyśl zanim coś napiszesz.
Bartek: Już się nie złość o to, że Cię obudziłem.
Ja: A gdzie jakieś przepraszam, czy coś? - Mówiłam. Kultury nie uświadczysz. Nawet grama u tego człowieka.
Bartek: Przepraszam, przepraszam, przepraszam!!! :* :* :*
Ja: Powiedzmy, że wybaczam. O której po mnie przyjdziesz?
Bartek: Powiedzmy??!! 14? Wyrobisz się?
Ja: Powinnam, o ile dłużej mi już głowy nie będziesz zawracał.
Bartek: No dobra, ale jak mnie ta noga w kolanie rwie!
Ja: Hahaha! Mam nadzieję, że znajdzie się ktoś wolny i chętny do tańczenia.
Bartek: A co ze mną?!
Nonono. Co za bulwers panie Kłusek.
Ja: Ciebie noga przecież boli.
Bartek: Do wieczora przejdzie.
Ja: A szkoda.
Odpisuje wychodząc już z łóżka i udaję się na śniadanie do kuchni.

***

Ostatnie pociągniecie rzęs tuszem i trzeba się już zbierać. Ten buloklepa zaraz przyjdzie i jeszcze zacznie się czepiać, że niegotowa do wyjścia. Już widzę to jego krzywe spojrzenie i demonstracyjne spoglądanie na zegarek. O nie panie Kłusek! Nie dam ci tej satysfakcji.
- Proszę - mówię, gdy słyszę pukanie do drzwi-  O babciu, jak dobrze. Mogłabyś mnie zasunąć? Bo chyba nie dosunęłam.
- Oczywiście, że tak. - Z uśmiechem na twarzy podchodzi do mnie i pomaga przy sukience - O proszę, gotowe. Bartek już jest - mówi gdy już staje przodem do mnie.
- Już?! Powiesz, mu że jeszcze pięć minut? - pytam błagalnym tonem rozglądając się po pokoju co pierwsze mam w  chwili zrobić. Buty założyć czy żakiet. Jeszcze drobne kosmetyki na szafce rozwalone.
- Spokojnie, zdążycie. – wychodząc na korytarz babcia uspokaja mnie, a ja oczami swej wyobraźni już widzę tą minę Bartka i fochanie, że musiał na mnie czekać.
Wrzucam do torebki najpotrzebniejsze rzeczy. Zakładam buty – mam nadzieję, że się nie będzie czepiał o obcas. Ale w sumie to nie szpilki, których obiecałam, że nie założę, tylko delikatne kilka centymetrów przy czółenkach. Biorąc żakiet spoglądam na biurko, a tam cała moja biżuteria. O ile w pospiechu udaje mi się zapiać bransoletkę i kolczyki tak z łańcuszkiem nie ma szans. Może mi Bartek pomoże, albo babcia. Któreś się na pewno zlituje.
- Karola! Długo jeszcze?! – słyszę darcie Bartka z salonu. Nawet u obcych w domu nie umie zachować kultury.
- Idę już, idę! – mówię wychodząc z pokoju.
- Mogłem ci powiedzieć, że przyjdę o dwunastej to… - urywa gdy zauważa, że stoję tuż za nim.
Stoi i się gapi. Z letko otwartymi ustami mierzy mnie kilkakrotnie wzrokiem od góry do dołu. Aż w końcu zatrzymuje te swoje niebieściutkie oczka na mojej twarzy. Patrzy się, patrzy, a na buzię zakrada mu się delikatny uśmiech. A ja cóż. Stoję przed nim i czekam przez pięć minut aż coś z siebie wydusi, ale się raczej nie doczekam. Najpierw udaje takiego niecierpliwego, a potem bawi się w jakiś posąg czy inny martwy eksponat muzealny.
- Ej! Ziemia do Bartka! – Macham mu ręka przed nosem, żeby się wreszcie ocknął.
- Yyy .. jestem - odpowiada jakby wyrwany z hipnozy.
- To co tak stoisz i się lampisz?
- No bo…
- Chyba się nie rozmazałam? - przerywam mu, choć w sumie to sam zamilkł w półsłowa.
- Nieeee, tylko…
- Tylkooo? - ciągnę go za język.
- Tylko... ślicznie wyglądasz - odpowiada cicho spuszczając głowę w dół. O ty wstydziaszku. Kto by pomyślał, że ty taki.
- I dlatego musiałeś się tak przyglądać jakbyś mnie pierwszy raz na oczy widział?
- No bo jest na co. – Spogląda przez chwilę znów na, ale zaraz ucieka oczkami na bok a na policzki zakradają się rumieńce - I mam coś dla ciebie. – podaje mi bukiecik stokrotek – To od dzieciaków. Pytają się kiedy znów naleśniki przyjdziesz im zrobić.
- Niech im wujek robi. Przecież się uczył ostatnio.
- Ale mi takie dobre nie wyjdą - Jasne, jasne. Kombinuj dalej, bo tak mnie na randkę nie wyrwiesz.
- Nie czaruj mnie tu. A za stokrotki dziękuję – daję mu całusa w policzek i po chwili dodaję – I dzieciakom oczywiście też.
- Przekażę, a teraz gotowa? Możemy wychodzić? - Bartek zmienia szybko temat spoglądając na zegarek.
- Jakbyś mi jeszcze założył łańcuszek to…
- To bym dostał drugiego całusa? - Widzieliście go! Dostał jednego i jeszcze mu mało.
- Kochaniutki, chyba za drogo się cenisz. – stwierdzam marszcząc nos, ale on nie zważając na me miny zabiera mi łańcuszek i zawiesza na mojej szyi. Zapina go od tyłu, delikatnie dotykając palcami mojego karku. Już zapomniałam jakie to przyjemne uczucie, gdy ktoś muska opuszkami palców twoją szyję. I jeszcze jak robi to tak delikatnie. Achhh, można się rozmarzyć. Niestety dość szybko uporał się z tym łańcuszkiem, w przeciwieństwie do mnie.
- To co możemy już iść? - pyta po chwili.
- Sekunda – odpowiadam, a Bartek przewraca oczami, lecz nie zwracając na to uwagi poprawiam mu krawat i kołnierzyk przy koszuli. I nie powiem, chłopakowi do twarzy w garniaczku. – No to teraz możemy już iść - stwierdzam - Tak w ogóle to jak noga?
- A spoko, nawet przeszło. - mówi takim głosem jakby o całej sprawie dawno zapomniał. Skoro tak, to po co było wszczynać ten alarm z samego rana?!
- Czyli nie muszę szukać kogoś samotnego?
- Oj nie. Obiecuję że ciebie i siebie dziś wymęczę - przekonuje mnie otwierając frontowe drzwi na oścież. Wychodząc zahaczam jeszcze o kuchnię by powiedzieć, że my także już uciekamy z domu zostawiając ją samą.
Stojąc przed domem, Bartek znów mierzy mnie całą wzrokiem, szczególnie nogi.
– No co?! - pytam lekko poddenerwowana, że może dzieje się z nim coś niedobrego.
- Patrzę na twoje buty.
- I co?
- No nic. Prawie mnie w nich przerosłaś. - Jednak jest cały i zdrowy. Chociaż tyle, bo już się serio przestraszyłam, że może się z nim coś niedobrego dziać, ale skoro znów zaczyna się czepiać o głupoty, to znak że nie jest tak źle, jak się obawiałam.

***

- Bartek - zagaduje go gdy jesteśmy już pod domem Olka.
- Cio?
- A gdzie chłopaki? – pytam, bo stoimy sobie tutaj we dwójkę, a miało być, że część brygady zbiera się tutaj, a część u Agaty. Ale jak na razie tutaj jesteśmy tylko ja i Bartek, kilkoro gości z rodziny Olka. Zaraz mamy się zbierać, bo to już prawie piętnasta, jeszcze po młodą trzeba jechać, tam chwila zejdzie, no a o szesnastej ślub. I nie wypada się przecież spóźnić. Choć podobno to szczęście przynosi.
- Jakie chłopaki? - mówi zdziwiony jakby nie wiedział o kogo mi chodzi.
- No Krzyśki, Andrzej, Fifi…
- W odpowiednim dla nich miejscu. – odpowiada z takim dziwnym uśmieszkiem, jakby coś ukrywał.
- Czyli??? - próbuje cokolwiek z niego wyciągnąć, ale nic z tego.
- Dowiesz się w odpowiednim czasie - stwierdza  po chwili zmienia temat, gdy tylko zauważa Dominikę - O! Klotylda leci. Klotylda! Pomału bo szpile połamiesz! - wydziera się tak, że na pewno każdy z gości doskonale go usłyszał, a ja mam ochotę zapaść się przez niego pod ziemię.
- Ogarnij się! – cedzę mu przez zęby – Nie rób wstydu.
- O! Karola! - Dominika rozpoznaje mnie w tłumie i podbiega do nas - Z nieba mi spadłaś.
- Nie z nieba, tylko ze mną przyszła - Bartek mówi to tak dumnie, wypinając przy tym pierś jakby co najmniej jakieś zawody wygrał i w nagrodę może razem ze mną iść na wesele. Nie wiem czy to taki powód do zachwytu, ale ja już dawno stwierdziłam, że facetów się nie ogarnie i nigdy nie wiesz co i kiedy im odbije.
- Z nieba, z nieba - przekonuje Kłuska i ciągnie mnie za rękę - Chodź.
- Ale gdzie?
- Trzeba Olka w domu wyprowadzić. - No tak. Tradycji musi stać się zadość i pana młodego muszą panny z domu wyprowadzić i zagwarantować jego dotarcie wprost w ramiona wybranki serca.
- Ale ja?!
- Nie mam nikogo innego - tłumaczy - Kuzynka nie dojechała, musisz ją zastąpić. Bo tu nikogo nie ma.
- A ty?
- No ja idę z drugiej strony. Przecież dwie panny są potrzebne.
- Klotylda teraz musi wykorzystywać swoje ostatnie chwile bycia panną - wtrąca Bartek, ale na reakcje kuzynki Zniszczoła nie musieliśmy długo czekać
- Spadaj Kłusek!
- Gdzie niby? - dopytuje głupio skoczek, krzywiąc się jeszcze o uderzeniu jakie dostał w żebra od dziewczyny
- Na drzewo liście pompować. – Na koniec pogawędki wystawia mu język, a mnie ciągnie za sobą do domu.

***

W sumie to dobrze się stało, że wyprowadzałam pana młodego z domu. Dzięki temu mogłam jechać z nim samochodem, a w związku z tym miałam to ogromne szczęście by móc podziwiać bramkę zrobioną przez tych wariatów. Tak myślałam, że coś kombinują, dlatego ich nie było u Olka. Ale że żaden nie puścił pary z gęby, no to mnie miło zaskoczyli.
Oczywiście, jak na skoczków przystało, musieli zrobić własne, prywatne mistrzostwa świata. Cóż z tego, że środek drogi. Skocznia była, a i owszem. Szczegół, że dzieci ze śniegu większa budują, ale była? Była. Siedzieliśmy w tym samochodzie przyglądając się jak to Johann musiał spełniać obowiązki starszego. Wysiadł z auta i za wszelka cenę próbował przekupić swych kolegów, aby jednak udostępnili nam troszkę drogi i by można było przejechać. Po chwili obserwacji tej zgrai oszołomów ne wyrabialiśmy ze śmiechu. Nawet spięty do tej pory Olek chichrał się razem z nami.
Gdy popatrzyliśmy na Titusa, który w takich malutkich plastikowych nartkach dla dzieci, trzęsie się ze strachu, że ma zaraz skoczyć i dla dodania sobie odwagi ma wypić kieliszeczek, ale ręce mu się tak trzęsły że prawie cały wylał na siebie no to padliśmy. Gabryś w roli trenera Andrzeja, i sam jego podopieczny, który chyba wygrał to coś, bo rzucali się jeden drugiemu na szyję, też byli dobrzy. Ale dla mnie najlepszy i tak był Fifi w roli pana i władcy. Z tą opaską i krótkofalówką w ręce to idealna replika Hofera. I niech się ktoś teraz ich spyta: „jak nie skoki to…?” kabaret. Kariera na sportowej emeryturze zapewniona.
Po drodze były jeszcze dwie bramki. Jedni udawali, że im się samochód popsuł i naprawiają go na środku ulicy, drudzy zaś bawili się w szpital. I jak to w szpitalu, potrzebna była kroplówka, a w szpitalu polowym to najlepsza jest taka czterdziestoprocentowa. I nie powiem, te też były fajne, ale jednak naszych buloklepów nic nie przebije.
Młodego do młodej dość szybko puścili, bo góra po pięciu minutach. No ale czasu tez już nie było. Oddałyśmy z Dominiką Olka w ręce ukochanej. I tak stojąc z boku i przyglądając im się widzę jacy są szczęśliwi. Tacy zakochani w sobie na zabój. Wiedzą doskonale, że to właśnie ta osoba jest ich wymarzoną, wyśnioną drugą połówką. Może nie idealna, ale to jest ta i żadna inna. Echh też by się kiedyś tak chciało. Znaleźć swojego księcia z bajki. Niestety na razie trafiam tylko na chińskie podróbki, które po pewnym czasie się psuja. Echhh. Takie życie.
A teraz na ślubie to oczywiście się popłakałam. Zresztą chyba nie ja jedyna. No ale co ja mam poradzić na to, że od zawsze słowa przysięgi tak mnie wzruszają? „I że cię nie opuszczę aż do śmierci” – czy to nie jest piękne? Przez całe życie, wypłacze się na cudzych weselach to na swoim nie będę – o ile go doczekam. A jak będę płakać to może znajdzie się ktoś tak dobry, jak teraz pan Kłusek, i poratuje biedną pannę młodą chusteczką na jej własnym ślubie.

***

Zabawa z minuty na minutę rozkręca się coraz bardziej. Goście bawią się na parkiecie lub też toczą ciekawe rozmowy za stołem. Szczęście państwa młodych i ich rodziców jest widoczne za każdym razem gdy się na nich spojrzy.
Przy stole skocznej braci także gwarno. Część, tak jak ja, postanowiła odetchnąć chwilkę. Inni zaś, tak jak pan Kłusek, porwali towarzyszki swych kolegów na parkiet i tam szaleją. Tylko niech mi on potem nie płacze że go noga boli.
- A teraz - słyszymy głos wodzireja który dba o całą muzyczną oprawę przyjęcia - piosenka ze specjalna dedykacja dla pani starszej i wszystkich Agnieszek, które się dzisiaj tutaj  z nami bawią. - Po chwili słyszymy jak z  po całej sali rozbrzmiewa przebój znany chyba w każdym zakątku Polski - "Agnieszka już dawno tutaj nie mieszka...".
- Kochanie czy mógłbym prosić o taniec? - Kuba wstaje delikatnie ciągnąc dłoń Agi za sobą.
- Ależ oczywiście, Jakubie.
- Ej! Co to ma być! - Gdy tylko tamta dwójka wychodzi na parkiet, kuzynka Zniszczoła zaczyna się burzyć -  Żadnej piosence o Dominice, ani o Kindze. O Aniach, Olach, Monikach i Bóg wie o kim jeszcze są, a o mnie ani jednej.
- Zenobio nie płacz. – Titus siedzący obok niej przytula ją do siebie.
- Przecież ty masz tyle imion ile tylko zapragniesz. – Andrzej, który zajął miejsce Johanna przytula ją z drugiej strony.
- I każda piosenka jest o tobie – i na koniec Gabi łapiący ją za dłonie z tą swoją pocieszną minką.
- Dzięki chłopaki. Jesteście kochani - mówi nieco wzruszona udając, ze przeciera z oczu łzy. A może ona serio się rozpłakała po słowach jakie usłyszała od chłopaków.
- Kochana, ty już nam tu nie płacz - Stękała nie przestaje pocieszać Dominiki - Zaraz tu coś z Titusem zaradzimy – kończy, po czym ciągnie za sobą Miętusa i obaj biegną w stronę orkiestry.
- O patrz Gabi - zwracam się do Szwajcara siedzącego obok - Nasi tancerze chyba wracają.
- Wracają albo i nie - odpowiada nieco chyba zazdrosny gdy widzi swą sympatie uchachaną u boku Kluska. Spokojnie Gabryś. Już prędzej ja wyjdę za mąż, niż on jakąś dziewczynę poderwie, czyi nie ma się czego obawiać, bo ja ślubu nie planuje w najbliższym czasie.
- Bartek tak się rozhulał, a rano płakał, że na nogę nie może stanąć - kontynuuje rozmowę podziwiając wygibasy buloklepy.
- Czemu? - dopytuje Szwajcar.
- Nie pochwalił się czemu. Z samego rana pisze do mnie, że go noga boli - relacjonuje mu przebieg mojej porannej rozmowy z Kłuskiem, ale po chwili przerywa nam dyskusję sam zainteresowany.
- Gabryś oddaje ci Lenkę, a panią - wyciąga do mnie dłoń z tym swoim szatańskim uśmiechem na twarzy- chciałbym porwać.
- A noga?
- Przecież ci mówiłem, że mi przejdzie. No chodź - odpowiada zniecierpliwiony.
Po chwili znajdujemy się już na środku parkietu, wśród wielu roztańczonych par a z głośników znów rozbrzmiewa głos mężczyzny.
- Na specjalne życzenie, dla najwspanialszej, najukochańszej i najbardziej szalonej dziewczyny pod słońcem – dla Dominisi. Piosenka tylko o niej i tylko dla niej. – i słyszymy pierwsze nuty chyba największego przeboju disco polo „Jesteś szalona”.
- Nie tylko o niej – Bartek szepcze mi do ucha, choć w sumie to nawet krzyczy. Niby disco polo, ale jak to mówią, nikt nie słucha a każdy zna, tak i teraz cała sala śpiewa ten kultowy przebój.
- To o kim niby jeszcze? - dopytuję.
- O tobie wariatko - odpowiada szczerząc to swoje uzębienie.
- Ej! Ja jestem przecież grzeczna i spokojna - mówię głosem jak najbardziej urażonym.
- Chyba tylko jak śpisz - prycha.
- Nie prawda.
- Co? Jak spisz to też szalejesz?
- Nie! Ja zawsze jestem grzeczna.
- A niech ci będzie. - W końcu Bartek rezygnuje z tej słownej batalii- Wariatko - dopowiada, za co dostaje mu się od mojej pięści w ramię. Niestety. Nie wzruszyło go to ani trochę.
Nie było mi dane zbyt długo potańczyć z tym buloklepą, bo przy następnej piosence Biegunka mnie porwał wir tańców, potem przez Fifiego, Kubę Johanna i Olka na Titusie skończyłam. I po tym ostatnim miałam dość. Cud, że nie zwymiotowałam na środku parkietu, przez to jego kręcenie. A ten głupi zamiast mi pomóc i wybawić z rąk oprawcy, to tylko stoi i się śmieje jak głupi do sera.
- I co ci tak śmieszno?! - pytam gdy dochodzę do stojącego pod ścianą Kłuska.
- Nie no nic, patrzę tylko jakim chwiejnym krokiem idziesz.
- Ha. Ha. Ha. Śmieszne bardzo.
- Chcesz usiąść? – Czyżby komuś szare komórki zaczęły pracować? No nie wierzę.
- Chodź lepiej na zewnątrz.
- Przejść się? - pyta już bez żadnych głupich uśmieszków.
- Yhym - odpowiadam.
- Wziąć ci żakiet? Chłodno się zrobiło.
- Yhym. - Kiwam twierdząco głową
- Czekaj tu na mnie i nigdzie nie uciekaj - nakazuje mi Bartek
- Yhym.
- Języka w buzi zapomniałaś? - pyta, chyba nieco rozdrażniony moimi odpowiedziami, Kłusek.
- Yhym.
- Echh wariatko, wariatko - wzdycha i kieruje się po nasze wierzchnie okrycia.
Slalomem przemyka przez parkiet do stolika, gdzie oczywiście trafił na kolejeczkę. No i jak kolegom odmówić? "Ze mną się nie napijesz?!!" Ale szybko znów przedziera się przez roztańczone pary i już jest przy mnie.
- To co? Idziemy? - pyta oddając mi mój żakiet.
- Yhym.
- Zapraszam – oddaje mi prawa rękę i ruszamy przed siebie.
Idziemy sobie z Bartusiem przez jakiś las. Choć nie wiem czy te nasze wygłupy – bo z tym buloklepa inaczej się nie da – można nazwać chodzeniem. Albo przepychanie się przez całą szerokość ulicy, albo kopanie szyszki po drodze, a na koniec próba puszczania kaczek po jakimś stawie.
- Zimno ci? - pyta gdy widzi, że pocieram dłonie aby je rozgrzać.
- Nie - odpowiadam szybko.
- Przecież widzę, że się z zimna trzęsiesz. Masz. – Zdejmuje swoja marynarkę i zakłada mi na plecy.
- A ty?
- Co ja? - odpowiada jakby nie miał pojęcia o co mi chodzi.
- Zmarzniesz - mówię z wielką troską. Bule klepie czy nie, ale to jednak dobry chłopaczyna. Szkoda by było żeby się rozchorował.
- Nie bój się. Mi jest ciepło - stwierdza.
- Dziękuje – szepczę wpatrując się w jego  boski uśmiech, który znów zawitał na jego twarzy. Nie wiem co mu się stało, że dziś jest taką chodzącą cieszynką, ale wiem że ja mam zbyt dużo alkoholu w sobie i zaraz palnę coś głupiego
– I … - ucinam próbując powstrzymać się przed wypowiedzeniem czegoś durnego.
- Iiiii? - ciągnie mnie za język.
- I nie uśmiechaj się tak. Proszę. – mówię łagodnie, cofając się kilka kroków do tyłu, a w oczach mam łzy.
- Czemu? - podpytuje zdziwiony moim wyznaniem.
- Bo mam wielką słabość do facetów w garniaczkach - odpowiadam wzięciu głębszego oddechu. - Do tego z zarąbistym uśmiechem na twarzy, i którzy mi dość często dają kwiaty. Uwielbiam szalonych wariatów, ale jednocześnie spokojnych romantyków. Chłopaków do tańca i do różańca, a tutaj zbyt dużo jest takich. -Chyba go to wszystko trochę zaskoczyło. Widać jak próbuje ułożyć sobie w głowie wszystko co mu powiedziałam. – Bartuś – zwracam się do niego patrząc mu głęboko w oczy – Ja nie chcę się zakochać. Ja nie mogę się zakochać! Przecież zaraz wyjeżdżam, i nie chce ani sobie, ani tym bardziej komuś łamać serca. Proszę, pilnuj mnie żebym nie zrobiła żadnego głupstwa. Proszę. Nie chcę tu nikogo ranić. A zwłaszcza ciebie.
Łzy płyną mi po policzku, a on stoi jak posąg. Nie wie co ma mi na to wszystko odpowiedzieć. Nie dziwie mu się. Też bym nie umiała wypowiedzieć jakiegokolwiek słowa. Patrzy na mnie tak jakbym nie mówiła o polsku. Tak jakby próbował przetłumaczyć na swój dialekt to wszytko.
I gdy chyba chce coś z siebie wydusić słyszymy dziwne odgłosy za drzewami. Aż podskoczyłam ze strachu gdy usłyszałam  trzaskające w pobliżu gałęzie. Bartek oplótł mnie mocno swoimi ramionami, a ja wtuliłam się w niego niczym małe dziecko. Sam się chyba wystraszył tego hałasu, bo serce i jemu chciało wyskoczyć z piersi. W końcu naszym oczom ukazały się dwa wielkie potwory.
- Karola! Bartek! Jak dobrze was widzieć!
- Eeeeeva? Philip? To wy?
- My, my. - Nie no! Ręce opadają. To ja się spodziewam tu jakiś zbójów, a tutaj nasi norwescy przyjaciele błąkają się po lesie w środku nocy.
- Ale co wy tu?! Chyba nie poszliście w środku wesela na grzyby. - dopytuje dalej Bartek
- Ten dureń - i w tej oto chwili Philip obrywa po głowie od swej dziewczyny -  pobłądził i przeszliśmy chyba cały las w każdą z możliwych stron, aż w końcu jakimś cudem znaleźliśmy się tutaj.
- Tylko błagam - z błagalnym głosem w końcu przemawia skoczek - powiedzcie, że nie zabłądziliście. Bo ona mnie zabije! - Wskazuje na ukochaną odsuwając się od niej na kilka kroków.
- Chyba nie - odpowiadam spoglądając na Kłuska, który to najlepiej powinien znać drogę powrotną.
- Jak się pospieszymy to jeszcze na oczepiny zdążymy - stwierdza Bartek spoglądając na zegarek.
- Ocze co?! - dopytuje Eva i jako starości następnego skocznego i międzynarodowego już wesela opowiadamy norweskim przyjaciołom o polskiej tradycji oczepin, kiedy to odbywają się swego rodzaju wróżby i przepowiednie, a także różnego rodzaju zabawy dla gości.

***

… jeszcze chwilka, jeeeeszcze, iiiii już! – Agata rzuca welon, a on wpada prosto w moje ręce. Myślałam, że się będą o niego bić, a tu tak spokojnie, łatwiutko i welon jest mój. Mam nadzieję, że to nie jest jakiś genialny pomysł dziewczyn.
- Zapraszamy nową pannę młodą tu do nas, jak tylko dzisiejsza, a raczej wczorajsza pani młoda przepnie welon.
Po chwili śnieżnobiały tiul był już wczepiony w moje włosy. Swoja drogą, ciekawa jestem jakim cudem im się to udało. Na tej głowie mam tyle lakieru, że przez miesiąc będę go chyba zmywać. Istny cement.
-  Zanim znajdziemy przyszłego pana młodego - kontynuuje dyrygent z zespołu zwracając się do mnie - proszę mi powiedzieć jedną ważną rzecz. Otóż jak ma pani na imię.
- Karolina.
- Więc szukamy teraz narzeczonego dla pani Karoliny. Poprosimy starszego o odpięcie panu młodemu muszki, a wszystkich panów stanu wolnego zapraszamy na środek.
I tak oto spora grupa niezamężnych jeszcze panów ustawia się na środku parkietu. Orkiestra zaczyna grać coś na góralską nutę, a ja w duchu się modle żeby mimo wszystko to nie był Bartek. Przecież oni nam potem żyć nie dadzą.
- No dobra panowie, starczy wam tych tańców. - Po dłuższej chwili grania góralskiej melodii do akcji wkracza znów wodzirej - Bo tu nam Karolinka się niecierpliwi i chce wreszcie poznać swego przyszłego męża i ewentualnego ojca swych dzieci. A więc odliczamy do trzech na trzy młody rzuca muchą. A więc iii raz, iiii dwa, iiiiiiii trzyyyy!
Muzyka milknie, a Olek rzuca muchę za siebie i łapią ją Titus, jakiś kuzyn Agaty iii …. ten buloklepa od siedmiu boleści. Jak oni to zrobili, ze taka małą muszkę złapali we trzech a welon tylko ja?
Marudziłam, że welon zbyt łatwo mi poszedł, tak tu się chyba krew poleje w walce o tą muszkę. Żaden nie chce oddać tak cennego znaleziska, ale po chwil Krzysiek puszcza jeden z końców wstążki, paseczka, sznurka czy jak się to tam nazywa. Na polu bitwy zostają tylko Bartek i ten kuzyn. Swoją drogą bardzo przystojny kuzyn.
Zaraz tą muszkę rozerwą na strzępy. Ciągną, ciągną i nagle jeden z nich puszcza. Oboje niemal leżą na posadzce. Na szczęście chłopaki stojący za nimi ich łapią, bo gdyby tak upadli głowami na tą posadzkę to by ciekawie nie było. Ale pan Klusek nawet o tym nie pomyśli przecież, tylko szczery te swoje ząbki wymachując swą zdobyczą. Jak zobaczyłam, że to on ją ma to tylko sobie głęboko westchnęłam na myśl co to się potem będzie działo. Teraz to już mi tylko pozostało się modlić, by się  wydarzyło coś co by ich zbije z tropu węszenia romansu.
- A więc pani Karolino, panie Bartku, zazwyczaj w takich sytuacjach proponujemy nowej młodej parze ich pierwszy wspólny taniec na nowej drodze życia, ale dziś zrobimy wyjątek. Otóż macie państwo za zadanie pocałować wszystkich znajdujących się na tej sali. Pani Karolina wszystkich panów. Od tych najmniejszych po tych największych, a pan Bartek to samo tylko, że wszystkie panie. I oczywiście kto pierwszy wykona swoje zadanie ten wygrywa. A więc gotowi? No to ruszamy! Start!
I tym oto sposobem rzuciłam się w szaleńczy bieg po całej sali. Dobrze że większość gości stała w kółku, dzięki czemu nie musiałam zbytnio między stoły wchodzić. Choć „dobrzy” ludzi – czytaj skoczkowie – zmusili mnie swoimi krzykami do biegania i za stołami. Ale spokojnie, na buloklepę tak samo się darli, że omija. A jeszcze mu kelnerki weszły na sale i im też należał się całus.
Ja już skończyłam i mogę sobie odetchnąć spokojnie, a ten jeszcze przedziera się między stołami. Hahaha! Wygrałam panie Kłusek!
- No to jeszcze ty – szepcze mi do ucha gdy tylko zjawia sie obok mnie, a po chwili i ja dostaje od niego całusa w policzek.
- Czy ktoś nie dostał całuska od przyszłych nowożeńców? - dopytuje wodzirej - Nie widzę nikogo. A więc skoro wycałowani zostali wszyscy goście to czas na pierwszy taniec. Co? Myśleliście, że wam się upiecze? - mężczyzna zwraca się do naszej dwójki, która miała cichą nadzieję, że naprawdę obędzie się bez tego tańca - O nie moi mili. Tradycja to tradycja i trzeba ją podtrzymywać. A więc panie Bartłomieju, żonę na ręce i tańczymy. A wszyscy goście klaszczą w dłonie! - nakazuje dyrygent.
Boziu! Włączyli "Let's Twist Again" To jest za szybkie na taki taniec! W dodatku gdy oboje jesteśmy nieźle przepici, a on mnie trzyma na rękach. Tylko jemu chyba to w niczym nie przeszkadza. Ale niech jak najszybciej to skończą, bo czuję że Bartek długo nie wytrzyma i upadniemy razem. A poza tym już mi się w głowie kręci. Na szczęście piosenka się kończy zanim mój buloklepa do końca opada z sił.
- Wielkie brawa dla Karoliny i Bartka. Jak coś to mamy wolne terminy na przyszły rok, to chętnie wam zagramy. A teraz … - mężczyzna zapowiada kolejną zabawę, a ja ze swym małżonkiem odchodzimy na chwilę do stolika.
- Nie mogłeś puścić tej muchy? – mówię mu na ucho.
- A co? Nie podoba ci się przyszły mąż? - pyta nieco oburzony.
- Nie o to chodzi - odpowiadam zrezygnowana.
- To o co?
- Znowu zaczną nas ze sobą swatać. - wzdycham
- Przejmujesz się tym?
- Nie, ale… - urywam gdy tylko Bartek przytula mnie do siebie. Po nim też to nie spływa tak łatwo jakby się można było spodziewać. Niby taki twardy, wytrzymały na wiele rzeczy, ale jednak są jakieś granice. Bo ileż to można słuchać o wielkiej miłości do przyjaciółki, jeśli takowej nie ma.
- Więc niech sobie gadają, a my wiemy swoje. Tak?
- Tak.

***

Godzina prawie szósta, a ja z całą banda tych nielotów wracam do domu. No dobra, może nie z całą, ale jakaś jedna trzecia maszeruje razem ze mną oraz tym moim mężem. Yyyh!!! Już sama zaczynam tak mówić. I po co ja szłam do tego welonu?!!
- Hej! Hej! hej siokoły! Ominincie góły, lasy, doiły! Heej!
Johannowi chyba troszeczkę zaszkodziła polska wódka, bo już nawet po polsku zaczął śpiewać. Ale wraz nim cała reszta buloklepów. Dziewczyny się na nich drą, by choć pół tonu byli ciszej, a ja już nie mam siły na cokolwiek, ledwo powłóczę nogami, a do domciu taaaak daleko.
Do domciu daleko, słonko już promieniej nad nami a nasi śpiewacy postanowili się zatrzymać na chwilę. I tez sobie znaleźli miejsce na ten postój - pod samym domem Kruczka. Szkoda, że nie oznaczało to , że się uciszą. Wręcz przeciwnie – zaczęli się tak drzeć, że spokojnie na drugim końcu Buczkowic ich słychać.
- A panom, co tak wesoło? – nagle słyszymy Kruczka, który także wracał z wesela jednego ze swych podopiecznych, tylko w o niebo lepszym stanie.
- No bo my trenerze nasz kochaniutki…
- Najbłyskotliwszy ze wszystkich ludzi na ziemi…
- Najwspanialszy, najcudowniejszy …
- Nasz mistrzu!
Chłopaki  tak mu zaczęli słodzić, całować po rękach, że my tylko popatrzyliśmy na nich z politowanie, a Łukasz zgłupiał. Swoją droga to ja mu się nie dziwę, że taki młody a już osiwiał jak jakiś siedemdziesięcioletni dziadziuś. Z takimi idiotami użerać się na co dzień i to w skumulowanej ilości, to musi mieć swoje efekty. A najlepszy i tak jest Johann, który po chwili przyglądania się tej jakże uroczej scenie skomentował to wszystko.
- Lizusy! Lizusy! Nawet Fannis się tak nie podlizuje jak wy! Hehehe! Lizusy! Lizusy!
- No dobra chłopaki koniec przedstawienia. - W końcu przerywam im te podziękowania i snucie wazeliny.
- Idziemy do domu - nawołuje ich Dominika.
- Ale my chcieliśmy jeszcze pogadać z naszym kochaniunim trenerem - a starszy Miętus dalej swoje.
- Ale trener też idzie do domu, bo ma was dość. - Nawet i żona Kruczka solidaryzuje się z nami i chcąc pomóc oswobodzić męża z więzów uścisków jakże to oddanych podopiecznych, próbuje ich przegonić spod własnego domu.
- Ależ trenerze! - odzywa się oburzony Biegun.
- Powiedz, że to nie prawda.
- Że żartowałeś. - dopowiadają bracia Miętusowie. Az dziw, że moja Kluska zamilkła.
- Jutro podaję się do dymisji! - oświadcza stanowczo Kruczek - Ja już mam was dość! Nawet pod własnym prywatnym domem nie można mieć spokoju.
- Ależ treneruniu …
- Nasz najukochańszy!
- Cisza! Od jutra do Maciusiaka się podlizywać. - Jakbym człowieka nie znała, to bym pomyślała, że on na serio z ta dymisją. Nieźle mu wychodzą poważne role. Ten by sie aż tak bardzo do kabaretu nie nadawał, ale aktor w teatrze byłby fantastyczny. Taki Pan Tadeusz, albo Kordian w jego wykonaniu to by było coś, a nie jakieś Żebrowskie czy inne Żmijewskie.
- Chłopaki wracacie z nami czy nie?! - I się nam wkurzyła Gosieńka, ze aż głos podniosła.
- No idziemy już idziemy - stwierdza zrezygnowany Biegun.
- Żegnaj trenerze.
- Będzie nam cię brakowało.
- Na zawsze pozostaniesz z naszych sercach.
Oni na serio chyba wzięli sobie ta dymisje Kruczka. Zaczęli się przez to tak żegnać jakby go już mieli nigdy nie zobaczyć.
Ciekawe czy w ogóle będą coś pamiętać z tego powrotu do domu.
- Karola, a co ty tak dziwnie idziesz? - zaczepia mnie Titus po tym jak wreszcie udało nam się ruszyć w dalszą drogę.
- Bo nie mam już siły Krzysiu.
- Ponieść cię? - nagle odzywa się i Bartek.
- Nie, dam radę - zapewniam i staram się przejść kilka kroków już normalnie, a nie utykać na lewą nogę.
- A może jednak?
- Nie trzeba.
- No to cię poniosę.
Scena niczym w "Samych swoich". Tylko tam Witia pomagał Jadźce przy bolach, a tu mnie szanowny pan buloklepa postanawia nosić na rękach.
- Bartek! Puszczaj! Przewrócimy się zaraz.
- Nie bój się. - łatwo ci powiedzieć. To nie ciebie niesie kompletnie pijany wariat, który sam ledwo stoi na nogach - Nie takie ciężary się nosiło.
- Czy chcesz coś przez to powiedzieć? - pytam uspokajając swoje wiercenie się, skoro i tak on jest uparty jak osioł i szybko mi nie przywróci gruntu pod stopami.
- Tylko to, że jeszcze z dwie takie jak ty mógłbym podnieść.
- Taaa jasne. Może z dwadzieścia.
- Nie no, dwadzieścia to za dużo. Aż taka lekka to nie jesteś.
- Puść mnie - wracam do meritum sprawy, ale już łagodniej, delikatniej. może się uda.
- Nie.
- Bartuś. - Jak już nam moje maślane oczka nie pójdzie, to nic tu nie pomoże.
- Słucham?
- Postaw mnie.
- Nie. - Echhh! Uparte to jak osioł.
- Jak stare dobre małżeństwo - stwierdza nagle Titus, który przysłuchiwał się naszej wymianie zdań.
- Mówiłeś coś Titusku?
- Że nie zaśpiewaliśmy wam gorzko - odpowiada nieco zasmucony, ale już się rwie do śpiewu.
- Boziu! A ten tylko o jednym.
- Karolcia, bo się obrazę.
- Na mnie?! Oj , nie wierzę.
- To się przekonaj. - I w ten oto sposób Krzysztof Miętus obraził się na mnie, a foch będzie trwał zapewne do końca życia i o jeden dzień dłużej.
Po kilku minutach stoimy na środku skrzyżowania gdzie nasze drogi się rozchodzą. Biegunki i Forfangowie poszli w lewo, Miętusy ze swoimi dziewczynami w prawo, a ja z Bartkiem dalej przed siebie.
- Ej! Co robisz?! – pytam zaskoczona, kiedy Bartek, który postawił mnie na chwilkę na ziemi gdy się żegnaliśmy ze wszystkimi, znów bierze mnie na ręce.
- Nic, tylko cię niosę - odpowiada jak gdyby to była najnormalniejsza sprawa na świecie.
- Postaw mnie. Dojdę sama do domu. - Znów próbuje go przekonać, ale na marne moje starania.
- Yhym, chyba przewrócisz po zrobieniu dwóch kroków - stwierdza z tą swoja miną wszystkowiedzącego Bartłomieja - Bałem się, że zaraz będę musiał cię łapać, jak stanęliśmy.
- A ty za to jesteś kompletnie pijany i sam ledwo idziesz.
- Nie przesadzaj, nie jest ze mną jeszcze, aż tak źle. - Kapituluje. Nie mam siły już się z nim dalej kłócić. - A mogłabyś oprzeć sobie głowę o mnie? Będzie mi lepiej wtedy cię nieść.

- Dobrze mężusiu ty mój kochany.


__________________________________________________________________________________________
Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku :D 
Achh ta pogoda. Życzenia ciut spóźnione, bo to poniedziałkowy już wieczór, ale pogoda sobie chyba kartek w kalendarzu nie zerwała i wciąż myśli, ze jest w grudniu. U mnie dziś rano było bielusieńko 0.0

Wracając do tej pisaniny. Wreszcie co jest jest. I to nie byle co, bo długo oczekiwane wesele państwa Zniszczołów.  I coś się nam tu wydarzyło, to będzie potem miała swoje skutki w przyszłości. Nauczka dla wszystkich na przyszłość. Nie pić alkoholu bo potem się głupoty gada, lub gubi drogę w lesie :P

Trochę teraz mam spraw na głowie (uczelnia, praktyki, praca, lato idzie to się zaczną wyjścia ze znajomymi itp) więc zapewne rzadziej będę wstawiała rozdziały, ale za to powinnam mieć czas na nadrabianie Waszych fanficów ;) 

A więc do zobaczenia wkrótce :) Oby jeszcze przed sezonem ;)

Trzymajcie się zdrowo i leczcie serducha po sezonie. Najlepiej tak jak nasi skoczkowie. Mam nadzieję, ze przywiozą nam ze sobą to piękne słoneczko :D
Całuski, Karolka :***

P.S. Przytoczenie nazwiska Michała Żebrowskiego i Artura Żmijewskiego nie miało na celu obrażenie nikogo, a w szczególności wymienionych Panów. Osobiście lubię tych aktórów i uważam ich za jednych z najlepszych w tej dziedzinie.

piątek, 17 marca 2017

Rozdział 18

Nigdy więcej zrywania się w środku nocy, by przyjechać z domu do pracy. Dosyć niewygodnie w tym pociągu, to jeszcze pilnuj się byś przesiadki w Krakowie nie przespała. Nigdy więcej takich wojaży! Mogłam wrócić normalnie do Zakopanego wieczorem. Wyspałabym się porządnie w łóżku, a nie teraz usypiała przy biurku. Polak mądry po szkodzie. Ale cóż córunia stęskniła się za mamusią i tatusiem. Poza tym poznałam przyszłą szwagierkę, więc nie mogłam tak szybko uciec z rodzinnego domu, musiałam zostać. Dobrze, że był ten pretekst by jechać po sukienkę, którą już wcześniej kupiłam na wesele kuzyna. Przecież na wesele Zniszczołów też mogę w niej iść. Już się w sumie pogodziłam z tym, że przez napięte stosunki polityczne z panem B, ominie mnie taka impreza, a tu jednak dostałam własne, prywatne zaproszenie od państwa młodych. Zaczepili mnie oboje jeszcze na urodzinach Dominiki i serdecznie zaprosili. Choć nie. Stanowczo zakomunikowali, że mam przybyć na ich wesele, bo jak nie to od ołtarza odejdą i mnie osobiście przyprowadzą. I tak człowiek chce, czy nie szykuje się na bal. Męska część skocznej rodziny obiecała, że się mną na pewno zajmą, więc nie musze się martwić o to, że całą noc spędzę tylko przy stole, bo zostanę przez nich zamordowana. Lepiej niech już mnie jedną uśmiercą, dając przy tym odetchnąć swym towarzyszką życia, niż gdyby każdy z osobna miałby wysłać swoją ukochaną w zaświaty. Mord zbiorowy byłby nie na miejscu.
Siedzę tak w tych papierkach kiedy nagle rozlega się dźwięk mojego telefonu. Odnajduje go wreszcie w swej wielkiej torebce, w której to dziś chyba jest już naprawdę wszystko. Spoglądam na wyświetlacz i widząc nazwę dzwoniącego natychmiast odbieram.
Po niespełna minutowej rozmowie z Marcinem zamykam szybko laptopa i pędzę na przerwę by móc wreszcie na spokojnie porozmawiać z kolegą.

***

Pijemy sobie spokojnie herbatę na tarasie, rozmawiając o różnych błahych sprawach, jednak moje myśli są całkiem gdzieś indziej.
- A co ty taka smutna? - pyta w końcu Marcin, który od dłuższej chwili przygląda mi się z uwagą.
- Co? Ja? - odpowiadam nieco wyrwana z transu myślowego.
- No ty.
- Zdaje ci się - rzucam.
- Nie sądzę - mówi z troską w głosie Marcin dodając -  Coś się stało?
- Nie. Nic. Zamyśliłam się tylko. - Staram się być jak najbardziej naturalna, ale chyba grymas twarzy, gdy okazuje się że herbata w mojej szklance już wystygła mnie ***
- O czym tak myślałaś, że cię to aż tak wciągnęło?
- O niczym takim. W sumie to nieważne. - Próbuje zbyć Marcina jak najszybciej, by nie drążył tego tematu, bo mimo że lubię go bardzo i świetnie mi się z nim gada, to jednak nie chciałabym by wiedział co tak naprawdę mnie trapi. Skoro już tak długo udało się ukryć sprawę z Gregorem, to nie ma sensu teraz o tym mówić.
- Jak nieważne, to po co temu czemuś poświęcać czas?
- Czasem trzeba - odpowiadam lakonicznie.
- Jeśli trzeba czyli to nie jest takie nic nie ważne. A jednak coś ważne. To coś ma jakaś wartość dla ciebie. Być może małą, ale jednak ma. Na przykład taka prosta sytuacja. Kupujesz w sklepie taką Princesse. Ona ma kilka smaków i bez względu na to jaki wybierzesz, i tak znajdzie się w twoim układzie pokarmowym, a jednak stoisz, i się zastanawiasz czy wziąć orzechową, czy kokosową, a może jednak o smaku czekolady deserowej. I choć zjadłabyś każdą, wybierasz jedną spośród kilku. Taka niby nic nie warta decyzja, a jednak ma swoją wartość. - O matuleńko moja najukochańsza. Aż mnie zamurowało. Takich wywodów filozoficznych to ja nie słyszałam od czasów gdy w pierwszym semestrze na uczelni miałam wykłady z filozofii - najpotrzebniejszego przedmiotu w całej mej karierze studenckiej, czy też ogólnie uczniowskiej.
- No nie patrz tak na mnie - recepcjonista oburza się po chwili.
- Jak?
- Dziwnie.
- Słucham tylko twego, jakby to nazwać... mini wykładu filozoficznego. Nie myślałeś o studiowaniu filozofii? - Wymyślam na szybko ten szatański pomysł, byle tylko jakoś podtrzymać dialog.
- Nie nabijaj się ze mnie.
- Nie nabijam się –  obruszam się dla niepoznaki – Naprawdę myślę, że powinieneś nad tym pomyśleć.
- Serio?-  pyta pełen nadziei.
- Serio, serio - utwierdzam go w swych słowach.
- A wiesz, że nawet ostatnio czytałem bardzo ciekawą książkę o Sokratesie… - Boże ! Co ja zrobiłam! Teraz mi będzie filozofował za uszami. Całe życie pod górkę.
- Marcin, chętnie bym z tobą dalej podyskutowała, ale musze wracać do pracy.
- Spokojnie. Do siedemnastej przecież zdążysz wszystko zrobić - przekonuje z uśmiechem na twarzy.
- Tak, ale chciałam dzisiaj wcześniej wyjść. Rano przyjechałam z domu prosto do hotelu i już mi się przysypia.
- No to uciekaj do biura, by jak najszybciej się stąd ulotnić. Ale poczekaj, mam do ciebie pytanko. Co robisz w sobotę wieczorem?
- W tą sobotę? - zaskoczona zachowaniem Marcina odpowiadam pytaniem na pytanie.
- Tak.
- Idę na wesele. A czemu pytasz?
- Dostałem dwa bilety na koncert w Krakowie. Myślałem że może byś chciała ze mną jechać.
- Z wielką chęcią, ale już obiecałam że będę na ślubie a potem do samego rana na parkiecie. Gdybyś wcześniej powiedział może bym coś wykombinowała. Przepraszam.
- Nie masz za co przepraszać. Wesele ważna rzecz. Z Bartkiem idziesz? - I mój już w miarę dobry nastrój szlag jasny trafił. Czy i on musi mi o tym buloklepie przypominać?
- Nie. To znaczy on też tam będzie, ale idziemy osobno. - Swoją drogą to mogłam Marcina jednak zaprosić jako osobę towarzyszącą. Na pewno by się zgodził, tylko chyba musiałby jak najdalej od tego durnia siedzieć. Nie wiem o co tamtemu chodzi, ale ewidentnie za Marcinem nie przepada, a raczej nie chciałabym prowokować bójki.
- No to udanej zabawy życzę. Połamania obcasów, jak to mówią - mówi z takim radosnym błyskiem w oku.
- Miejmy nadzieję, że nie połamię, bo jeszcze jedno wesele mnie czeka, więc niech dożyją do niego.
- Oj tam. Kupisz nowe. - Marcinku. Ależ ty masz dziś humorek. Od kiedy ty taki żartowniś się zrobiłeś?
- Nie stać mnie. Pójdę w starych, albo na boso. A teraz już serio uciekam do siebie, bo zamiast wyjść wcześniej to zostanę w kozie i nici będą z odsypiania nocy.
- Lec, leć, już cię nie zatrzymuję. - Żegnam się z kolegą i zabierając swój kubek ze stoliku szybkim krokiem udaję się do swego gabinetu, gdzie czeka na mnie stos dokumentacji.

***

-Mmm ogórkowa. – Otwieram tylko drzwi wejściowe domu, a tu już od progu wita mnie taki oto cudowny zapach najlepszej zupy świata.
- No! Wreszcie jesteś. - Słysząc dźwięk opadającej na posadzkę torby Agnieszka wyszczucia nos z kuchni i wita mnie w jakże miły sposób.
- Aguś? Czyżbyś się za mną stęskniła? - pytam przekomarzając się ze współwłaścicielka mieszkania.
- Ależ oczywiście że tak - odpowiada z uśmiechem - Zostaw torby i choć jeść. A w ogóle skąd wiesz, że ogórkowa? - dopytuje z ciekawości. A czy ona nie wie, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła? Może bym ją uświadomiła, ale mój żołądek dopomina się o strawę.
- Mój nos wyczuwa ogórkową z kilometra - odpowiadam nalewając sobie zupy na talerz.
- Drugi Kuba - wzdycha wstawiając wodę na herbatę.
- No właśnie, gdzie masz naszego króla skoczni - mówię między jedną a drugą łyżką.
- Kaca leczy. Ale jedz, bo jak wpadnie to ci wszystko zje.
- No to nieźle balowali wczoraj - odpowiadam podśmiewując się pod nosem na myśl jak skoczni bracia mogli pobalować na wieczorze kawalerskim jednego z nich.
- O piątej nad ranem wrócił bo dzwonił żebym się nie martwiła.
- Ooo jaki kochany.
- Taaa. Szczególnie jak cię budzi w środku nocy.
- Żebyś się nie martwiła – przypominam jej słowa ukochanego kiedy to słyszymy, że ktoś wchodzi do domu - O! O wilku mowa. Cześć Kuba! - Witam skoczka, który rewelacyjnie nie wygląda. W ten sposób to on Misterem Polski nie zostanie, nie mówiąc już o walce o tytuł "Mister International"
-Cześć. O mój Boże - wzdycha łapiąc się za głowę, gdy tylko siada naprzeciw mnie przy stole - Dziewczyny ratujcie! Błagam. Zrobię wszystko, tylko mi pomóżcie. Tak mi głowa pęka. Aaaa! Kurde, nie wytrzymam.
- Było tak szaleć?! Teraz cierp! - Agnieszka zachowuje się jakby się w ogóle, nawet w najmniejszym stopniu, nie przejęła losem swego chłopaka.
- Aguś. Kochanie ty moje, błagam nie krzycz. Proszę - odpowiada cichym szeptem Wolny znów trzymając się za głowę. Ach ten kac morderca.
- Dobra, dobra. Masz talerz i jedz. - Stawia przed nim posiłek, a on błagalnym głosem pyta:
- Kochanie? Pokarmisz?
- A co? Bozia raczek nie dała? - odpowiada nieco już chyba wkurzona zachowaniem Kuby.
- No dała, ale …
- Nie ma żadnego ale! Tylko jedz póki gorące bo nie mam zamiaru ci potem odgrzewać - mówi stanowczo zalewając herbaty.
- Twoja zupę to i zimną mógłbym zjeść.
- Ooo Aga - wtrącam się do rozmowy zdumiona słowami Wolnego - Co za komplement.
- Szkoda, że tego nie nagrałam. Właśnie! Nie widzieliście mojego telefonu? - pyta Agnieszka rozglądając się po pomieszczeniu.
- Pewnie jak zwykle z torebki nie wyjęłaś – kwituje skoczek, a dziewczyna wychodzi po telefon do korytarza i wraca po chwili.
- Bartek do mnie dzwonił - stwierdza gdy sprawdza powiadomienia -  I to trzy razy.
- Dawno? - pyta Wolny, a ja udaję ze mnie to w ogóle nie obchodzi, jednak gdzieś z tyłu głowy ciekawość mnie zżera dlaczego wydzwaniał.
- Ostatnie połączenie dziesięć minut temu.
- To dzwoń do niego i zapytaj co chciał.
- Pewnie dowiedzieć się czy żyjesz - mówi nieco zgryźliwie Agnieszka wybierając numer do Bartka.
- To by do mnie dzwonił, a nie do ciebie - stwierdza Kuba.
- No w sumie - odpowiada Aga, ale już po chwili w słuchawce słyszy głos Kłuska. - Hej Bartuś. Dzwoniłeś... Jest… Dać ci ją? … Poczekaj chwilę. - odrywa słuchawkę od twarzy i zwraca się do mnie - Karola, bo Bartek chce z tobą gadać.
- Ze mną?
- Tak. Mówi, że do ciebie też się nie może dodzwonić.
- Pewnie telefon mi padł - stwierdzam trochę od niechcenia. - Powiedz mu, że za piętnaście minut do niego zadzwonię.
- Ej jesteś tam … Słyszałeś? … No to oddzwoni za piętnaście minut … Papa.
- Czego chciał? - pytam gdy odkłada komórkę na szafkę.
- Pogadać z tobą. Tyle tylko mi powiedział.
- No to uciekam do siebie. Podładuje trochę telefon i oddzwonię do niego - postanawiam odkładając talerz do zlewu obiecując że go potem zmyje.
Stojąc już na schodach do góry przypominam sobie o jednej ważnej rzeczy, którą powinnam już kilka minut temu zrobić.
- Kubuś! Zapomniałam! – krzyczę ze schodów.
- Ciii. Nie krzycz – Kuba mówi ledwo słyszalnym szeptem znów łapiąc się za głowę. Ach ten kac morderca.
- Przepraszam. Gratulacje za sobotę. Fajny ten drugi skok był.
- Dzięki - odpowiada uradowany pochwałami.
Wracam się jeszcze po torbę, którą zostawiłam w korytarzu i uciekam do siebie, bo zaraz ktoś się będzie wkurzał ze nie dzwonię. A zresztą, niech się wkurza.

***

Idę na to spotkanie z Kłuskiem, ale nie wiem czy jest to dobry pomysł. W sumie chciałabym się z nim wreszcie pogodzić, ale boję się, że zamiast tego znów będziemy na siebie wrzeszczeć. Ostatnie nasze rozmowy mimo zapewnień, że obędzie się bez krzyków i tak prędzej czy później któreś z nas podnosiło głos na tą drugą osobę. Najgorzej, że zawsze ktoś trzeci musiał słuchać naszych wrzasków. Może dlatego Bartek chciał się spotkać na tej polanie, gdzie to się poznaliśmy, by nikt nas nie słyszał. Albo to ma być taki symbol - gdzie się wszystko zaczęło, tam się wszystko skończy.
- Cześć - mówię spokojnie gdy wreszcie docieram na umówione miejsce.
- Hej - wita się żywo, jak za dawnych dobrych czasów, jednak po chwili jego głos znów jest przygnębiony - Bałem się, że jednak nie przyjdziesz.
- Chyba się nie spóźniłam - odpowiadam chyba nieco chamsko.
- Nie, nie. Skądże - zapewnia spokojnym głosem, dodając - Tylko bałem się, że jednak zrezygnujesz.
- Jak coś komuś obiecam to słowa dotrzymuję - stwierdzam chłodno.
- Ale czy ja mówię, że nie?! - próbuje wybronić się z tego co wcześniej powiedział, ale widząc że za chwilę mój cichy głos może zamienić się w tygrysi ryk stara się mnie za wszelką cenę uspokoić - Ciii! Nic nie mów. Mieliśmy się nie kłócić.
- Właśnie. Chciałeś pogadać więc słucham. - Krzyżuje ręce na klatce piersiowej a swój wzrok wbijam w Bartka, który stoi na wprost mnie
 - Chciałbym cię przeprosić - biorąc głęboki oddech odpowiada po kilku chwilach
- Przeprosić? - pytam bardzo inteligentnie.
- Tak. Przemyślałem w Hinzenbach dużo rzeczy – mówi spokojnie, wzrokiem ucieka wszędzie gdzie się da, byle tylko nie spojrzeć na mnie, a zza pleców wyciąga naręcze piękne herbacianych różyczek. Nawet nie zauważyłam, ze coś chowa za sobą. – I chcę cię przeprosić. Za nasze kłótnie – wręcza mi jedna różę – Za to, że krzyczałem na ciebie – daje mi drugą – Za to, że płakałaś przeze mnie – trzecią – Za to, że na Marcina gadałem – czwartą – Za tą bójkę z Gregorem – piątą – Za to, że cię nie ochroniłem przed nim – szóstą – Za …
Przerywam mu i ze łzami w oczach rzucam mu się na szyję. Zaskakuje go to trochę, ale nie odrzuca mnie, wręcz przeciwnie. Przytula mnie jeszcze mocniej do siebie chowając twarz w moich rozpuszczonych włosach.
- Ja też cię przepraszam - szepczę mu do ucha - Za wszystko.
- Wybaczasz? - pyta pełen nadziei spoglądając mi  prosto w oczy.
- Oczywiście, ze tak - odpowiadam znów wtulając się w niego - Jak mogłabym nie wybaczyć facetowi, który stanął w mojej obronie.
- No, ale potem o to pretensje miałam - stwierdza zasmucony.
- Bo głupia byłam. Ale skończmy już to - proszę - Niech już wszystko wróci do normy.
- Dobrze, tylko wiesz co, mam do ciebie taka maleńka prośbę. - Jak on już chce coś ode mnie, to znaczy że wracamy na właściwe tory - Mogłabyś mnie puścić? Bo mnie zaraz udusisz - kończy udając że naprawdę cierpi na brak tlenu.
- A należałby ci się! - Puszczam go, ale od razu dostaje solidnego kuksańca w lewe ramie -  Za to co robiłeś w Hinzenbach. Możesz mi łaskawie wytłumaczyć  co ty tam robiłeś? - ostatnie zdanie wypowiadam powoli i spokojnie.
- Skakałem - stwierdza szczerząc swe uzębienie.
- Ale jak?!! Co to miało być?!! - co prawda miało nie być wrzasków, ale tego nie da się na spokojnie przetrawić - W piątek dyskwalifikacja, a w sobotę trzydzieste pierwsze miejsce?!! I tego to ci nie wybaczę! - obiecuję grożąc temu buloklepie palcem.
- Oglądałaś? - pyta nieco zdziwiony.
- To, że byłam na ciebie wkurzona, nie oznaczało, że miałam konkursów przez ciebie nie oglądać. - Niech sobie nie myśli, że jest nie wiadomo kim. Oprócz niego w samym konkursie było jeszcze czterdziestu dziewięciu innych chłopów do podziwu. O samego Kłuska nie będę sobie takiego widowiska odmawiać. -  A teraz za nie jeszcze oberwiesz.
- Będzie bolało? - dopytuje odchodząc kilka kroków na bok.
- Będzie! Wiesz jakiej ja tam nerwicy przez ciebie dostawałam?!! W piątek to myślałam, że telewizor przez okno wyrzucę. I to przez ciebie! - wytykam mu palcem - Mama już mi kropli na uspokojenie szukała. W sobotę ta wygrana Kuby mnie trochę uspokoiła, bo myślałam, że wyjdę z siebie! Żeby o pół punktu drugą serie przegrać?!! To już naprawdę trzeba być tobą.
- Już. Cii. Nie krzycz - uspokaja mnie - Przepraszam, przepraszam, przepraszam. Masz jeszcze jedną różę za to, ale nie krzycz. - Oddaje kolejnego kwiatka, ale jeszcze kilka trzyma w ręce.
- A reszta dla kogo? - z zaciekawieniem ciągnę go za język.
- Powiedzmy, że dla ciebie - odpowiada z tym swoim diabelskim uśmiechem na twarzy.
- To nie mogłeś mi ich dać wszystkich na raz? 
- Nie - stwierdza ta kluchowata postać.
- Czemu? - Aż się boję myśleć co on wykombinował.
- Bo część było na przeprosiny, a część w podziękowaniu za konkursy. 
- Za konkursy?! - podpytuje nieco już ***
- Po drużynówce w Zakopcu ci przecież obiecałem - mówi to taki głosem jakby to była oczywista oczywistość. Bez przesady. Nie oczekuje od nikogo nic w zamian że mu czasem życzę powodzenia, czy wesprę na duchu. - Mieliśmy pogadać na spokojnie, ale wyszło jak wyszło.
- Niom. Wyszło jak wyszło - wzdycham nieco zamyślona wpatrując się w te wszystkie wiaty od Bartka. 
Siadamy obok siebie na łące wpatrując się w malownicze krajobrazy Tatr. Wsłuchując się w śpiew ptaków my nic do siebie nie mówimy. Wyjaśniliśmy sobie już wszystko. chyba naprawdę wracamy do normy. Kłótnie zamienione w żarty, łzy w szczery uśmiech. Zamiast nerwów wreszcie radość, że możemy się spotkać, pogadać i powygłupiać razem.
- Wiesz co Bartuś? - po kilku minutach przerywam milczenie.
- Cio? - odpowiada niczym Tomek lub Lenka. Kurczę, chyba mi tęskno za tymi naleśnikowymi łasuchami. 
- Ładne te różyczki. Dziękuję – mówię to dając mu całusa w policzek – Uwielbiam jak się czerwienisz.
- Że niby ja?- obrusza się-Zwidy masz wariatko.  
- Nieprawda buloklepo.
- Prawda.
- Nie.
- Tak!
- Nie!
-Tak!- przekrzykujemy się w najlepsze, ale to przecież ja mam rację.
- Przecież widzę! I obiecałeś, że się nie będziesz kłócił, a co robisz? 
- No dobra, już nie będę-kapituluje niezadowolony w wyniku tej walki-A wiesz co ci powiem wariatko? - pyta obejmując mnie w talii i przeciągając do siebie. W odpowiedzi na jego pytanie kręcę tylko przecząco głową. 
- Stęskniłem się za tobą wariatko - mówi z uśmiechem na twarzy.
- A wiesz, że ja za tobą chyba też?
- Chyba? - dopytuje
- No dobra stęskniłam się. Nie miałam komu dokuczać - wyjaśniam swoje stanowisko co by nie myślał, że go tak bardzo lubię, czy coś w tym stylu.
- Oszty małpo! Bo cię zrzucę zaraz z tej przepaści.
- To dlatego tu chciałeś się spotkać? - zrywam się na równe nogi rozrzucając wkoło róże które trzymałam na kolanach.
- Tak i zaraz dokonam swego dzieła.– Bierze mnie na ramie po strażacku i zanosi nad przepaść wymachując mną przy tym na wszystkie strony świata.
- Aaa! Bartek! Puszczaj mnie! – Klepię go po plecach, wiercę nogami jak opętana, a n tylko się śmieje.
- Wariatko pobawiłbym się jeszcze z tobą, – stawia mnie wreszcie na trawie a ja mam ochotę ucałować ziemię z tej radości – Ale uciekamy stąd. I to szybko. 
- Czemu? - pytam zaskoczona jego decyzją.
- Nie widzisz tej chmury? - Kłusek ruchem głowy wskazuje na niemalże czarne niebo za nami. 
- O cholera. 

- No właśnie. Uciekamy i to migiem, bo to nie będzie zwykły deszczyk.



__________________________________________________________________


Witam, witam :)
Po wielu perypetiach z tym rozdziałem wreszcie oddaje go w Wasze ręce. Oby się czytał dużo lepiej niż się tworzył :)
Jak ktoś myślał, że to będzie wielkie love story przy pogodzeniu się Karoli i Bartka - no cóż, nie będę przepraszać, że zawiodłam :P 
A jak Wam się podoba Marcin filozof i jego wywód o zakupie wafelka :D 
Jutro dopingujemy nadal naszych. Skoro już Kraft tak się zadomowił na pierwszym miejscu, to chociaż nie pozwólmy mu wejść na takowe w Pucharze Narodów. W końcu to Mistrzowie Świata powinni wygrać tą klasyfikację :) Niemniej jednak jestem mega dumna z naszych orzełków. Jak się nie skończy ten sezon i tak był on wielkim osiągnięciem dla chłopaków. A nie wolno być najlepszym, trzeba innym trochu powygrywać też dać :D
Trzymajcie jutro kciuki i tak do końca sezonu, bo konkursy d wyliczenia na palcach jednej ręki :(
I oczywiście zachęcam do pozostawienia jakiegoś, nawet niewielkiego komentarza. To nie boli a bardzo motywuje do dalszej pracy. Dziewczyny mogą potwierdzić. Dziękuję Wam za te kilka zdań pod rozdziałami :*
Trzymajcie się cieplutko. Oby Was wiatr nie porwał gdzieś daleko.
Karolka :*

PS. Audycja zawierała lokowanie produktu ;)